Miasto, kino i blizny – wywiad z Marią Ornaf

Miasto, kino i blizny – wywiad z Marią Ornaf

Wiktoria Grzybowska: Skończyłaś właśnie zdjęcia do swojego filmu dyplomowego. Jakie masz plany na przyszłość? 

Maria Ornaf: Jestem świeżo po planie zdjęciowym filmu „Kiedy obróci się dom” i wkrótce zacznę montaż nakręconego materiału. W kolejnych miesiącach planuję postprodukcję, czyli pracę nad dźwiękiem i kolorem. Sama jestem ciekawa, czym ten film się stanie. Na początku jest wyobrażony obraz, słowo, ale to tylko punkt odbicia. Potem powstaje materia, która zaczyna żyć własnym życiem. Jestem w takim dziwnym momencie, kiedy ten film jest dla mnie samej tajemnicą. Muszę też skończyć pisać pracę magisterską. Za chwilę opuszczam bezpieczne gniazdo – więc pierwsze marzenie na ten czas po szkole, to nakręcić debiut – swój pierwszy pełnometrażowy film. Mam już pomysł i ten rok chcę poświęcić na napisanie scenariusza. Marzę również o przeprowadzce na jakieś pustkowie, w przyrodę, ciągnie mnie na Podkarpacie.

 

WG: Do tej pory twoimi aktorami były głównie dzieci.

MO: I dzieci, i dorośli. Pracowałam również z profesjonalnymi aktorami. Bardzo lubię naturszczyków. Teraz na planie miałam dwójkę dzieci, nastolatkę i dorosłą kobietę – czwórkę naturszczyków i dwóch profesjonalnych aktorów. To daje ciekawe sprzężenie. Jedni mogą czerpać od drugich. Profesjonalni aktorzy dają oparcie naturszczykom swoim warsztatem i doświadczeniem, ci drudzy wprowadzają naturalność i zarażają aktorów spontanicznością.

 

WG: Dlaczego wybierasz akurat perspektywę dziecka?

MO: Interesuje mnie temat dzieciństwa jako fundamentu całego dorosłego życia. Szczególnie motyw utraconego dzieciństwa, które w dorosłym człowieku powoduje ciągłe powroty, świadome lub nieświadome powtarzanie tamtego czasu. Czy da się wyjść poza klątwę dzieciństwa – jeśli pojawiły się tam traumy lub złe wzorce, to czy jako dorośli ludzie jesteśmy w stanie wyjść poza pewną narzuconą nam matrycę? Zajmuje mnie temat traumy pokoleniowej, wojennej, dziecięcej, ale też dziecięcej traumy seksualnej. Za tymi traumami podążają zaburzenia osobowości i choroby psychiczne. Wciąż mało się o tym mówi, to są tematy tabu. Odwracamy się od nich, boimy się i zamiatamy pod dywan. Mam potrzebę demaskowania i wyciągania takich spraw na światło dzienne. 

 

WG: Myślisz, że udział w filmach może coś zmienić w dalszych losach dzieci? 

MO: Tak, jak najbardziej. Doświadczyłam tego wracając do dzieci, które zagrały w mojej trzeciorocznej etiudzie “Piołun”. Castingowałam dzieci z różnych środowisk, także z tych trudnych. Są to dzieci nierzadko doświadczone już przez życie, wstydzące się swojego pochodzenia, wyglądu, mające niską samoocenę. Po planie okazywało się, że zagranie w filmie je wzmocniło, dało im poczucie własnej wartości i sprawczości. To były też pierwsze zarobione pieniądze, co jest dla dzieci ważne. Po wszystkim czuły się dumne, że przekroczyły barierę nieśmiałości, że zagrały w filmie. Zostały dowartościowane i docenione. To również pokazało im, że istnieje świat poza tym, z czym stykają się na co dzień w swoich dzielnicach i na podwórkach – agresją, przemocą, alkoholem, bezdomnością, staczaniem się. Że można inaczej spędzać czas niż popadać w uzależnienia i niszczyć to, co dobre i piękne. Że istnieje świat kultury i sztuki, gdzie trudne emocje można przemienić w coś wyzwalającego, na przykład w film. 

 

WG: Jaki stosunek mieli rodzice do występów dzieci? 

MO: Przed filmem jest naturalny lęk o dziecko, rodzice nie wiedzą, czym to zaowocuje. Ale zazwyczaj to rodzice zachęcali wybrane przeze mnie dzieci, by zagrały i wspierali je w trudach planu filmowego. Bo film to jest ciężka praca, która wymaga skupienia, wytrwałości, cierpliwości i dyscypliny – nawet od dzieci. Jestem wdzięczna za otwartość rodziców na poruszane przeze mnie trudne tematy i sceny. Otrzymałam od nich bardzo dużo zaufania w procesie z ich dziećmi. A po planie sami opowiadali mi, że dostrzegli zmianę w swoich dzieciach: większą odwagę, siłę przebicia wśród rówieśników, poczucie własnej wartości,  mocy i sprawczości. 

 

WG: Są to dzieci i zarazem łodzianie. W rozmowie „Łódź w filmach” mówiłaś o tym, że tutaj odnalazłaś swoje miejsce. Jak myślisz, co jest tym wspólnym pierwiastkiem, który dzielisz z Łodzią? 

MO: Łódź zatrzymała się na jakiejś mieliźnie czasu. Jest poza trendami, poza pośpiechem. Łódź ma bardzo ciekawe DNA. Z jednej strony to było miasto, w którym wszystko było możliwe – dla wielu “ziemia obiecana”, miasto włókniarek – kobiet pracujących i samodzielnych, a z drugiej strony miasto wieloetniczne, niejednorodne kulturowo, wielowyznaniowe. Po tym wszystkim, miasto filmowe – miejsce narodzin polskiej kinematografii i naszych najciekawszych twórców filmowych. Panuje tutaj mentalność, która mi odpowiada i którą doceniam – człowiekowi jest blisko do drugiego człowieka. Spotykam się tu z otwartością i serdecznością. Może to kwestia biedy i trudu życia mieszkańców? Mało jest lansu i blichtru Warszawy, raczej jest zwyczajnie, swojsko, ludzie tutaj mniej udają, szukają kontaktu – zagadują, nie boją się siebie nawzajem. Łódź ma swoje tajemnice, labirynty, zakamarki. Jest wyjątkowa architektonicznie. Fabryki – duchy same opowiadają jej historię. Ale ta historia jest też widoczna w architekturze ludzkich twarzy. Myślę, że nie ma na świecie drugiego takiego miasta. Tutaj przeszłość cały czas jest widoczna i silnie odczuwalna. Nie wszystko zostało w niej wyjaśnione. To, co mnie przyciąga to blizna tego miasta. Blizny są jak magnesy. Kiedy mamy w sobie ranę, przyciąga nas człowiek z podobną raną – i tak samo jest z miastem. To miasto bardzo dużo przecierpiało. Z cierpienia rodzi się głębia. Przyciąga mnie tu również nadal odczuwalna, dawna obecność wielu kultur – to jest coś za czym tęsknię i czego brakuje mi w Polsce. 

 

WG: Kolejny raz spotkałyście się na planie z Zuzanną Zacharą jako operatorką. Jak rozpoczęła się wasza współpraca?

Przyszłam do Szkoły Filmowej po ASP, gdzie każdy pracuje indywidualnie nad swoimi projektami. Filmu nie da się zrobić samemu. Chciałam odnaleźć w Szkole ludzi, z którymi będę mogła pracować. Od pierwszego roku szukałam swojego operatora. Na początku byłam rozczarowana. Spodziewałam się klęski urodzaju, a okazało się, że to bardzo trudne spotkać się z kimś na poziomie wizji obrazu, gustu, idei i usposobienia charakteru jednocześnie. Zuza dostała się na studia operatorskie, kiedy byłam na drugim roku. Spojrzałam na nią i wiedziałam, że będziemy razem robić filmy. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Na półkach mamy te same książki, słuchamy podobnej muzyki, poruszają nas te same filmy i podobne tematy. Zuza ma plastyczną wrażliwość, którą uwielbiam, która jest mi bliska. Wrażliwość na słowo i na człowieka. To największe szczęście znaleźć kogoś, z kim możesz robić filmy i z kim podobnie odczuwasz rzeczywistość. „Piołun” był pierwszą etiudą, w której obrazy wyglądały dokładnie tak, jak sobie to wyobraziłam. Tym razem, przy „Kiedy obróci się dom” byłyśmy w zespole ludzi, którzy zaangażowali się całym sercem w ten film. To jest wspaniałe uczucie, gdy kilkadziesiąt osób pracuje ciężko, wkładając swój talent i umiejętności, by powołać do życia film. Każdy film, który powstaje jest zmaganiem i ciężką pracą wielu ludzi. Ten zespół był naszym spełnieniem marzeń o procesie tworzenia filmu.

WG: Kiedy obrona?

MO: W grudniu. Ale pewnie jeszcze do kwietnia będziemy dopracowywać ostateczną wersję filmu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *