Akcja Edukacja – Wszyscy jesteśmy Sylwią Zając

Akcja Edukacja – Wszyscy jesteśmy Sylwią Zając

Wszyscy jesteśmy Sylwią Zając

Recenzja „Sweat” w reż. Magnusa von Horna

„W chwilach takich, jak ta, czuję, że jesteśmy jednością” – mówi filmowa trenerka fitness i influencerka do swoich fanów po wspólnym treningu. Sylwia Zając jest znana i podziwiana nie tylko ze względu na sylwetkę, ale i autentyczność, z którą niesie światu swój ciałopozytywny przekaz. W „Sweat” reżyserii Magnusa von Horna towarzyszymy jej jednak w chwilach, które nie „nadają się” do opublikowania na Instastories.

Dzięki długotrwałej i bliskiej obserwacji twarzy bohaterki, w którą wcieliła się Magdalena Koleśnik, zaczynamy patrzeć na nią w sposób, do którego nie jesteśmy przyzwyczajeni jako odbiorcy. Zaczynamy widzieć, że jej twarz wcale nie różni się od naszych twarzy. Mocno zaciśnięte usta i lekko przekrwione, podkrążone oczy zdradzają prawdę, która nie jest atrakcyjna dla reklamodawców.

To jest prawda nie tylko o Sylwii Zając i reprezentowanej przez nią grupie społecznej, ale i o czasach, których jest dzieckiem i produktem. W tym kontekście można przywołać teorie Emmanuela Levinasa i jego filozoficzne nawoływanie o dostrzeżenie „twarzy”. Zgodnie z etyką francuskiego myśliciela, twarz Innego jest przykazaniem, wyzwaniem, na które „obserwujący” musi odpowiedzieć i która to odpowiedź określa samego obserwatora. Dostrzeżenie w kimś „twarzy” wzywa do wzięcia odpowiedzialności za tę osobę.

„Sweat” jest próbą dostrzeżenia prawdziwej twarzy osoby rozpoznawalnej i ukrytej pod personą. Paradoksalnie, okazuje się, że tych, których najchętniej „się słucha”, najmniej chętnie „się słyszy”. Wszechobecność wizerunku oddziela nas od dostrzeżenia twarzy”, zamyka w pułapce powierzchowności i utrudnia rozpoznanie Człowieka w drugim człowieku.
Dla Magnusa von Horna, Sylwia jednak nie jest ani ofiarą, ani katem i daleko mu do filozoficznych rozważań nad sensem jej twarzy. „Sweat” jest uczciwą i bezlitośnie neutralną obserwacją osobistego, trzydniowego dramatu bohaterki uwięzionej w symbolicznej wieży o grubych murach, w której sama wybrała żyć.

Gdy w chwili słabości Sylwia Zając publicznie przyznaje, że brak jej prawdziwej bliskości, mury te stają się wyraźnie widoczne. Na dodatek, niczym za sprawą magicznej studni, w Internecie materializują się jej pragnienia. Nie pojawia się książę z bajki, lecz stalker, gotowy odpowiedzieć na jej wołanie o czyjąś obecność.

W „Sweat nie ma ludzi szczęśliwych. Są głodujący poszukiwacze emocjonalnego pokarmu – a komu doskwiera brak, ten zmuszony jest żerować na innych.

Dzięki swojej dokumentalistycznej formie, świat „Sweat” jest odbiciem naszej rzeczywistości; jak carte blanche, a to, co z tej kartki odczytujemy, jest naszą własną opowieścią. Opowieścią, którą „sami sobie śpiewamy”, o nas samych.

[Tekst: Wiktoria Grzybowska]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *