RELACJE, RECENZJE

Relacje z wydarzeń

Dzień 1 – Otwarcie

Zaczynamy po raz trzeci!

Przy pracy nad każdym filmem musi kiedyś powstać pierwsze ujęcie, poprzedzone pierwszym „klapsem”, przed którym pada pierwsze zawołanie reżysera: „Kamera… Akcja!”. Każda piosenka, wiersz, list, książka, artykuł – słowem, każdy tekst – zaczyna się od pojedynczego słowa. Każda historia ma swój początek. Nie inaczej jest z festiwalami.

W czwartek 22 marca 2012 roku o godz. 19:30 w Miejskim Punkcie Kultury Prexer UŁ rozpoczął się 3. Festiwal Krytyków Szkoły Filmowej KAMERA AKCJA. Po pierwszym panelu dyskusyjnym, wczesnym wieczorem nadszedł czas na oficjalne otwarcie imprezy. Przed zapowiedzianymi projekcjami nie mogło oczywiście zabraknąć serdecznych słów pod adresem publiczności, zaproszonych gości oraz osób i instytucji, bez których inicjatywa nie mogłaby się odbyć. Galę otwarcia poprowadzili Agnieszki Danowska i Przemysław Glajzner (dyrektor festiwalu), zaś głos zabrali również Wiceprezydent Miasta Łodzi Agnieszka Nowak, Jakub Wiewiórski, dyrektor Wydziału Kultury UMŁ oraz Wojtek Augustyniak, dyrektor Kina Cytryna. Pełna lista adresatów podziękowań, których wsparcie i zaangażowanie przyczyniły się do zorganizowania tegorocznej edycji festiwalu, znalazła się w przygotowanym przez organizatorów spocie prezentującym główne wydarzenia i filmy programu festiwalowego.

Otwarcie zakończyła projekcja dwóch pierwszych, wyświetlanych przedpremierowo tytułów „Elena” i „Perfect Sense”. Znakomita frekwencja dopisała zarówno w czasie obu seansów, jak i poprzedzających je wystąpień.

k.j.


Dzień 2 – Konkurs etiud i animacji

Konkurs Etiud i Animacji

Podczas piątkowego Konkursu Etiud i Animacji zaprezentowano widowni zgromadzonej w kinie Cytryna szesnaście produkcji stających w szranki o nagrodę festiwalu Kamera Akcja. Nie jest nowością, że filmy prezentowane na takich przeglądach charakteryzują się różną jakością wykonania i to nie tylko w sensie plastycznym, ale i merytorycznym. Odbiór wszelkiej maści tego typu krótkometrażowych dzieł potrafi być bardzo trudny, a i ocena po seansie potrafi sprawić kłopot, głównie dlatego, że widzowie często zadają sobie pytanie „A cóż to ja właśnie obejrzałem?”. Nie jest to w żadnym razie coś złego, wszak refleksja u widza to obiekt pożądania każdego twórcy filmowego, a przynajmniej obiektem takim powinna być.

Dużo gorzej sytuacja prezentuje się, gdy widz obejrzy, przetrawi, pozastanawia się i może nie tyle, że nie potrafi w filmie znaleźć żadnego sensu, ale dochodzi do wniosku, że nie rozumie po co w ogóle taki film powstał. Ten typ refleksji w przemyśle filmowym raczej chodliwym towarem nie jest. Na całe szczęście do tak ostatecznie smutnego wniosku podczas konkursowych projekcji nie doszedłem, ale nie ukrywam, że kilka propozycji wprowadziło mnie w stan lekkiej konsternacji, w czym, jak mniemam nie byłem odosobniony zważywszy na reakcje widowni, a właściwie ich brak. Dobrze, że mieszane odczucia stanowiły jedynie ułamek całego konkursowego repertuaru, który w ogólnej ocenie prezentował się naprawdę dobrze. Każdy film miał jakiś swój element, którym wyróżniał się na tle pozostałych.

Zgrzeszyłbym zatem, gdybym nie pochwalił „Dziewczynki z zapałkami” Pawła Czarneckiego za fantastyczne zdjęcia i grę kolorami. Z kolei w „Osiem9” Pawła Jóźwiaka-Rodana siłą filmu był naturalizm bez którego opowiedziana w nim historia nastolatków wypadła by bardzo sztucznie i sztampowo. „Rosyjski romans” Urszuli Pieregończuk urzekał teatralnym spokojem, który bezlitośnie szarpany był szaleńczym momentami montażem, sztuka to trudna i łatwo wpaść przy takiej koncepcji w autoparodię i formułę teledysku, lecz w tej produkcji sprawdziła się świetnie. „Strona A” Jakuba Pączka była jedną z najmocniejszych konkursowych propozycji, a to za sprawą interesującej postaci głównej bohaterki i mocnych, dowcipnych dialogów. Puszczam oko do „Maszkarady” Kamili Sujki za groteskę, gdyż naprawdę lubię groteskę.

Z zaprezentowanych animacji każda była świetnie wykonana i każdemu polecam zapoznanie się z nimi ze szczególnym uwzględnieniem „Wachlarza” Kamili Grzybowskiej, bo chyba każdy zdaje sobie sprawę, jak praco i czasochłonna jest animacja poklatkowa. Bardzo podobało mi się również „Mleko” Magdaleny Koźlickiej bo animacja miała ducha „Jak działa jamniczek” Juliana Antonisza z roku 1971, a jest to pozycja kultowa. Natomiast treściowo najgłębszą z animacji było „Porozmawiaj z nim” Agaty Prętki, bo mimo, że nie wypowiedziano w nim ani jednego słowa, potrafił przekazać chyba najwięcej z całego konkursu.

ł.b.

Dzień 2 – Interdyscyplinarny multispecjalista – panel

Interdyscyplinarny multispecjalista czy wyspecjalizowany leń?

Drugi panel dyskusyjny 3. Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja związany był między innymi z podziałem krytyków w środowisku prasowym i akademickim. Nazwany został „Interdyscyplinarny multispecjalista czy wyspecjalizowany leń?”, a brali w nim udział: Mateusz Werner (krytyk filmowy i ekspert PISF-u), Kamil Minkner (politolog), prof. Ewelina Nurczyńska-Fidelska (filmoznawczyni), Michał Oleszczyk (filmoznawca), Piotr Marecki (krytyk literacki), Anna Serdiukow (krytyk filmowy) oraz moderator dyskusji Michał Pabiś-Orzeszyna.

Dyskusja zaczęła się od przywołania wypowiedzi Bordwella, jakoby filmowiec nie powinien znać historii filmu. Jako pierwszy głos zabrał Michał Oleszczyk, według którego wiedza filmoznawcza absolutnie w niczym nie przeszkadza: „Wyobrażam sobie świetnie pisanie przez kogoś, kto nic nie wie o kinie. Nie widzę możliwości, by ktoś bez tej wiedzy mógł być krytykiem”. Mateusz Werner podkreślił fakt, iż „niewiedza hańbi”. Według niego tekst napisany przez człowieka, który jest w kinie po raz pierwszy zachwyciłaby tylko wyrafinowanych czytelników, nie trafiłaby zaś do przeciętnych odbiorców. Werner podjął następnie próbę zdefiniowania krytyka – „Ktoś, kto traktuje film jako towar nie jest krytykiem, jest rzeczoznawcą.”. Prof. Nurczyńska-Fidelska rozważała różnicę między filmoznawcą, a krytykiem, przy czym zaznaczała „Byłam samoukiem i zaczynałam jako krytyk”. Piotr Marecki przywołał kategorię postdyscyplinarności, której to Kamil Minkner niemal natychmiast przeciwstawił specjalizację.

Dyskusja została zdominowana głównie przez męskie grono panelowych gości, gdy zaczęto rozważać liczne wady i zalety wynikające z przejścia krytyki z prasy papierowej do internetu. Jedną z nich, jak zauważyła Anna Serdiukow, jest zmiana roli widza, który staje się aktywnym uczestnikiem. Dość różnorodne wypowiedzi uczestników sprawiły, iż dyskusja pozostała i pozostaje ciągle otwarta. Niesamowita erudycja gości i zapał z jakim przedstawiali swoje tezy uczynił ten panel jednym z ciekawszych punktów piątkowego programu KAMERY AKCJI.

k.r.

Dzień 2 – Spotkanie z Jackiem Rakowieckim

Spotkanie z Jackiem Rakowieckim

Piątkowe spotkanie z Panem Jackiem Rakowieckim, redaktorem naczelnym magazynu „Film”, zaplanowane zostało na stosunkowo wczesną porę, bo godzinę 10 rano. Najwyraźniej dla wielu pora ta okazała się być barbarzyńsko wczesna, ponieważ frekwencja nie była oszałamiająca, jednakże wszyscy, którzy tego dnia wybrali poduszkę zamiast donośnego głosu pana Rakowieckiego mają czego żałować. To co w założeniach gościa festiwalu Kamera Akcja miało być wstępem do rozmowy, przerodziło się w interesujący i pouczający wykład na temat kondycji polskiej prasy w dobie kryzysu podparty jego wieloletnim doświadczeniem w zawodzie redaktorskim.

Głównym tematem spotkania była oczywiście praca pana Rakowieckiego w „Filmie”, który w momencie obejmowania przez niego pozycji redaktora naczelnego (rok 2007) nie znajdował się w najlepszej sytuacji. Recepta na sukces, czyli to czym „Film” jest obecnie okazała się być dość zaskakująca, ale nie można odmówić jej skuteczności. Głównym założeniem było odarcie pojawiających się w magazynie treści z wszelkich przejawów filmoznawczego tonu, tonu tak bardzo nieprzystępnego dla docelowego czytelnika. Trudno się z tą taktyką nie zgodzić, wszak polski widz w ogromnej większości przypadków jest bardziej zainteresowany samą treścią filmu, tym co dana produkcja ma ciekawego do zaoferowania i co twórca chce swoją pracą przekazać niż naukową analizą konkretnego dzieła.

Po „wykładzie” przyszedł czas na pytania i trzeba przyznać, że i tutaj redaktor Rakowiecki ani na chwilę nie tracił rozpędu. Odpowiadał wyczerpująco i zajmująco, co tylko umacniało słuchających w odczuciu jak bardzo świat filmu jest mu bliski zawodowo i prywatnie.

ł.b.

Dzień 2 – Spotkanie z Marcinem Koszałką

Spotkanie z Marcinem Koszałką

W drugim dniu KAMERY AKCJI, festiwalowi goście mogli wziąć udział w spotkaniu z Marcinem Koszałką, które zostało poprzedzone projekcją jego filmu dokumentalnego „Istnienie”. Produkcja ta nagrodzona na Krakowskim Festiwalu Filmowym była świetną okazją do wglądu w twórczość tego reżysera oraz preludium do rozpoczęcia rozmowy.

Idę drogą, tak jak wielu moich starszych kolegów” – powiedział Koszałka podejmując temat przejścia od dokumentu do fabuły, mając na myśli między innymi Krzysztofa Kieślowskiego, który wcześniej uczynił dokładnie to samo. Reżyser i operator zaznaczył, iż film dokumentalny przestaje mu wystarczać z powodów moralnych oraz z racji trudności obróbki materiału, jednakże z drugiej strony trudno mu się z nim rozstać, gdyż jest zawsze niezwykle zaskakujący. Podczas spotkania Koszałka opowiedział również o swoich planach artystycznych. Jednym z nich jest próba nakręcenia historii wyjścia na wolność Mariusza Trynkiewicza – pedofila, który opuszcza więzienie po 25 latach wyroku za zabicie czterech chłopców. Jest to temat dość kontrowersyjny. „Nie wiem, czy mogę wyjść z takim gościem na wolność” stwierdził Koszałka. Kolejna produkcja ma być pełnometrażowym filmem komercyjnym i ma opowiadać o polskiej reprezentacji na EURO 2012, skupiając się głównie na Damienie Perquisie oraz Łukaszu Fabiańskim. Jego premiera planowana jest na grudzień tego roku.

Nie obyło się również bez rozmowy o „Istnieniu”, które miało być rejestracją przeczucia śmierci Jerzego Nowaka. „To film bardziej o życiu niż o śmierci” mówi sam autor. Podczas dyskusji poruszono również produkcję „O bólu”, która była bardzo osobistym doświadczeniem dla Koszałki, gdyż według niego tak wyglądałoby jego życie gdyby pozostał z matką. Reżyser wspomniał też, iż bohaterów dokumentu niekiedy należy powstrzymywać od wykonywania pewnych czynności, gestów przed kamerą. Spotkanie zakończyło się rozważaniami związanymi z fascynacją młodych, pięknych kobiet seryjnymi mordercami. Nie zabrakło również pytań od zgromadzonej licznie publiczności.

k.r

Dzień 3 – Spotkanie z Bartoszem Konopką

Spotkanie z Bartoszem Konopką

Trzeciego dnia tegorocznej edycji Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej KAMERA AKCJA, tuż po projekcji etiud i dokumentów Bartosza Konopki odbyło się spotkanie z twórcą. Wydarzenie spotkało się z dużym zainteresowaniem festiwalowych gości, którzy bardzo chętnie nawiązywali dialog i zadawali interesujące pytania.

Pierwsze z nich dotyczyło widocznej zmiany, która zaszła w twórczości młodego reżysera gdyż początkowo tworzone przez niego produkcje kończyły się optymistycznie a do kolejnych zaczął wkradać się pesymizm. „Co było tego przyczyną?” – chcieli się dowiedzieć zgromadzeni – „Czy to był już po prostu czas na zmianę?”. Odpowiedź była zdecydowanie przecząca. Te zauważalne zmiany nie były czystą kalkulacją a miały jedynie swoje źródło w doświadczeniach jakie przez lata kształtowały reżysera. Podczas spotkania rozmawiano o tym, dlaczego w prezentowanych filmach w roli bohaterów występują często zwierzęta? Powodem początkowo były przychodzące po wielu godzinach rozmyślań, jak ujął to żartobliwie sam Konopka, „głupie i absurdalne pomysły” i potrzeba oryginalności

Uczestnicy spotkania byli jednak zainteresowani nie tylko treścią prezentowanych filmów i uzyskali odpowiedzi także na nurtujące ich kwestie dotyczące rozwiązań technicznych. Mogli dowiedzieć się, że Ballada o koźle była kręcona tylko jedną kamerą oraz że Bartosz Konopka należy do grona reżyserów, którzy bardzo angażują się nie tylko w prace na planie zdjęciowym ale i „opiekują się” swoim dziełem podczas kolejnych etapów produkcji – w szczególności montażu. „Staram się być przy montażu cały czas. Wybór dubli jest to Twoja wizytówka. Twój podpis. Niektórzy reżyserzy pozostawiają to montażyście…. to jakby nie pojechać na miesiąc miodowy tylko wysłać kolegę w zastępstwie.” Jednak pomimo stałego nadzoru wybór montażysty nie jest prosty. Dopiero po zapoznaniu się ze scenariuszem lub materiałami i rozmowach można stwierdzić czy dana osoba jest gotowa podjąć się pracy przy filmie.

a.s.

Dzień 3 – Spotkanie z Łukaszem Maciejewskim

Spotkanie z Łukaszem Maciejewskim

Trzeciego dnia festiwalu krytyków sztuki filmowej Kamery Akcji warsztaty krytyczno-filmowe poprowadził wybitny krytyk i filmoznawca Łukasz Maciejewski. Podczas dwu godzinnego spotkania uczestnicy spotkania, poza omówieniem podstawowych zasad pisarstwa użytkowego, mogli poznać również historię początków kariery zdobywcy nagrody „Złotej Róży”.

Łukasz Maciejewski swoje pierwsze próby pisania tekstów podjął już w liceum. Podczas studiów mógł pochwalić się dużym doświadczeniem, niestety problemy zdrowotne uniemożliwiły teoretykowi pisanie przez trzy lata. Maciejewski podkreślał: „Nie podążajcie moją drogą. Nie siedźcie w kącie, aż pojawi się Lubelski. Wykażcie się przebojowością”. Krytyk zdradził także, że do dziś nie napisał swojego CV. Nigdy nie pracował w redakcji gazety tylko pisał teksty zasiadając przy swoim domowym biurku.

Podczas warsztatów krytyk przybliżył najważniejsze zasady pisania tekstów zarówno prac naukowych jak również recenzji. Zachęcał do czterokrotnego czytania gotowego tekstu w celu uzyskania wyłącznie esencji. Zdaniem Maciejewskiego najważniejszy w tekście jest początek. Jeśli nie zachęcimy czytelnika pierwszym akapitem własnego tekstu, nie oczekujmy, że przeczyta go do końca. Intrygujący tytuł oraz odautorski tekst mogą to zmienić. Ważnym tematem warsztatów były także błędy popełniane najczęściej przez młodych krytyków. Odradzał stosowania licznych metafor, niedokończonych zdań czy cudzysłowów obnażających bezradność piszącego. „Nie brnijcie w łatwe spostrzeżenia. Tekst musi zawierać suspens, który wciągnie czytelnika”.

Na zakończenie Maciejewski dodał, że jako krytyk coraz rzadziej czuje się po prostu widzem. Jednym z filmów, który porusza go do dziś są „Czułe słówka” (1983). „Zawsze płaczę jak głupi kiedy ona umiera” – przyznał krytyk z rozbawieniem. Jednocześnie życzył uczestnikom warsztatów, aby jak najczęściej podczas projekcji poczuli się dzieckiem w kinie i dali się wciągnąć w fabułę podczas projekcji filmu.

s.w.

Dzień 4 – Gala zamknięcia

Gala Zamknięcia

Gala Zamknięcia 3. Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej rozpoczęła się 25 marca o godz. 19:00 od podziękowań dla festiwalowej publiczności, skierowanych do Sali pełnej widzów, oczekujących na wyniki Konkursu Etiud i Animacji oraz Konkursu na Tekst Krytyczny. Zgromadzonych gości powitali: Agnieszka Danowska oraz Przemek Glajzner (dyrektor festiwalu).

Po kilku słowach wstępu, prowadzący przystąpili do ogłoszenia wyników. Nagrodę za najlepszy tekst krytyczny oraz cztery wyróżnienia w tej samej kategorii wręczała dr Dagmara Rode oraz Błażej Hrapkowicz.

Werdykt został ustalony przez Jury w składzie: dr Dagmara Rode, dr Piotr Sitarski, Błażej Hrapkowicz.

Wyróżnienie: Robert Birkholz

Za wnikliwą interpretację filmu „Kieł” Giorgosa Lanthimosa.

Wyróżnienie: Łukasz Gręda

Za błyskotliwe zajrzenie pod powierzchnię Disneyowskich filmów i wydobycie ich traumatycznego wymiaru.

Wyróżnienie: Jan Prociak

Za wskazanie ideologicznych uwikłań bohaterów filmu „Przyszłość” Mirandy July.

Wyróżnienie: Łukasz Gieruszczak

Za politycznie świadomą próbę opisu dwóch sposobów portretowania współczesnego kryzysu finansowego w filmie.

Najlepszy Tekst Krytyczny: Dominika Bierczyńska

Za świetnie skonstruowany i świadomie operujący formą tekst, ujawniający niezwykłe zdolności analityczne, w którym autorka przenikliwie odczytała twórczość Steve’a McQueena przy pomocy kategorii ciała.

Nagrody za najlepszą etiudę i najlepszą animację wręczyła Małgorzata Gontarska z Toya Studios.

Werdykt został ustalony przez Jury w składzie: Małgorzata Gontarska, dr Blanka Brzozowska, Marcin Koszałka, Paweł Sołodki.

Najlepsza Etiuda: „Strona A” reż. Jakub Pączek

Najlepsza Animacja: „Porozmawiaj z nim” reż. Agata Prętka

Po wręczeniu nagród organizatorzy zaprosili publiczność do wzięcia udziału w kolejnej edycji Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej KAMERA AKCJA, zaś Galę Zamknięcia zakończono projekcją „Lęku Wysokości” w reż. Bartosza Konopki.

a.f.

Dzień 4 – Koncert na Zamknięcie Festiwalu

Koncert na Zamknięcie Festiwalu

Walenie Wiader Soundsystem – jeśli ktoś decyduje się występować pod taką nazwą, to prawdopodobnie za jej pośrednictwem chce dać coś do zrozumienia potencjalnym słuchaczom. Co konkretnie? Nie udzielę jednoznacznej odpowiedzi, choć zdaje się, że komunikat chłopaków tworzących ten didżejski kolektyw do mnie dotarł i…spodobał mi się. Set, który przygotowali na niedzielne afterparty, zamykające trzecią edycję Kamery Akcji, tylko to potwierdził.

Wracając na chwilę do nazwy – niezależnie od tego, czy „chwytacie” o co chodzi czy nie, czy może wręcz odczytujecie ją dosłownie, pewne wyobrażenie o WWS możecie sobie na jej podstawie wyrobić. Dodatkową podpowiedzią niech będzie plakat zapowiadający występ Bagi (Michał Kwiatkowski) i Buhaja (Łukasz Brzozowski), tworzących ten kolektyw. Zabawnie, głośno i dziwnie. Tak też było między 22:00 a 03:00, choć kiedy wychodziłem, impreza jeszcze trwała. W ciągu tych pięciu godzin chłopaki zdążyli zagrać całą masę elektroniki (ze szczególnym naciskiem na dubstep), ciężkim [sub]basem zapewnić sobie uwagę mieszkańców kamienic przy Placu Wolności, a także wpuścić za „konsoletę” parę osób z gościnnym featuringiem. Przez kilka chwil sam miałem okazję być jedną z tych osób, za co z tego miejsca przybijam chłopakom serdeczne high five.

Trzeba przyznać, że wybór muzyki, którą WWS zaserwowało uczestnikom imprezy był dość kontrowersyjny jak na event adresowany do zróżnicowanej przecież publiczności festiwalowej. Drobne problemy z nagłośnieniem też pewnie zapadną niektórym gościom w pamięć. Tym niemniej, momentami na parkiecie w Cafè Wolność zaczynało brakować miejsca wśród tańczących. Ja bawiłem się świetnie, więc z chęcią zobaczę kolejny występ tego kolektywu – a jeśli wierzyć jego członkom, można się takowego spodziewać w Łodzi jeszcze przed wakacjami.

k.j.

Dzień 4 – Na wizji – panel dyskusyjny

Na wizji. O audiowizualnych formach krytyki filmowej

Trzeci, poprzedzający zakończenie 3. Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja panel dyskusyjny zatytułowany został „Na wizji. O audiowizualnych formach krytyki filmowej”. W dyskusji udział wzięli Marcin Adamczak (kulturoznawca i autor filmów offowych), Arkadiusz Lewicki (wykładowca akademicki), Kuba Mikurda (filmoznawca), Tomasz Majewski (kulturoznawca) oraz moderator Michał Pabiś-Orzeszyna.

Dyskusja zaczęła się od pytania o to, co dobrego działalności krytycznej daje telewizja i czy warto w nią inwestować, skoro podobno jest medium schyłkowym. Arkadiusz Lewicki zwrócił uwagę na to, że nowe media nie wypierają starych, a telewizja mimo wszystko nadal jest najbardziej masowym z nich wszystkich, dzięki czemu daje krytyce dużą siłę oddziaływania. Kuba Mikurda podkreślił instytucjonalność tego medium i przeszedł do gloryfikacji sieci. „Najciekawsze rzeczy pojawiają się oddolnie w szarej strefie Internetu. A nawet formy fanowskie są formą krytyki audiowizualnej” – powiedział w kontekście rozmowy o przeróbkach trailerów.

Podobne zdanie na ten temat miał również Marcin Adamczak. „Źródło życia kulturalnego przestało być w telewizji. Teraz bije w Interecie.” Tomasz Majewski, z kolei, zarzucił współczesnej krytyce zbytnie poleganie na materiałach od producentów oraz powagę, która nie trafia do szerokiego grona odbiorców. Rozmowę zakończyła krytyka współczesnego szkolnictwa akademickiego, które przy zdobywaniu tytułów naukowych kładzie nacisk jedynie na słowo pisane i apel o wprowadzenie zajęć z krytyki filmowej polegających na operowaniu na materiale audiowizualnym.

k.r.

Dzień 1 – Między PR, festiwalami a recenzją – panel

Warto rozmawiać!

Pierwszy panel dyskusyjny trzeciej edycji Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja odbył się 22 marca o godzinie 17:30. Temat dyskusji to „Między PR, festiwalami a recenzją. Krytycy filmowi jako współtwórcy polskiego życia filmowego”. Zaproszeni goście, czyli Michał Chaciński (dyrektor artystyczny festiwalu FPFF w Gdyni), Jacek Rakowiecki (redaktor naczelny „Filmu”), Bartosz Żurawiecki (kulturoznawca i krytyk filmowy), Ola Salwa (krytyczka filmowa) oraz moderator dyskusji Michał Pabiś-Orzeszyna (kulturoznawca), byli i są, w różny sposób, związani z polską filmową prasą krytyczną. Dla tych zaś, którzy odwiedzili panele dyskusyjne poprzedniej edycji festiwalu, spora frekwencja nie była niespodzianką.

Dyskusja rozpoczęła się przywołaniem przez moderatora incydentu związanego z „Kac Wawą”, gdzie producent Jacek Samojłowicz postanowił pozwać Tomasza Raczka za niepochlebną recenzje, która rzekomo miała spowodować finansowe straty. Uczestnicy panelu jednogłośnie stwierdzili, iż to absurd i jedynie marketingowa zagrywka mająca zwiększyć sprzedaż filmu. W toku rozmowy, wynikła krótka dyskusja pomiędzy Michałem Chacińskim, a Bartoszem Żurawieckim poruszająca temat roli krytyka we współczesnym świecie. Pierwszy z panów widziałby go, jako selekcjonera, który umożliwia widzowi zapoznanie się z przekrojem twórczości danego obszaru. Drugi zaś przyjął bardziej pokorną postawę stawiając się w roli rzemieślnika, który powinien świadczyć usługi pracodawcom i czytelnikom. Chaciński podkreślił również wagę zmieniającego się medium, do którego dziennikarz powinien się dostosować. Jacek Rakowiecki zwrócił uwagę na brak badań socjologicznych, które mogłyby wpłynąć na stan polskiej prasy filmowej. Ola Salwa podkreśliła rolę jaką pełnią pozytywne teksty krytyczne na rynku filmów artystycznych – tylko one mogą w jakiś sposób zwiększyć widownię produkcji niszowych. Goście panelu mieli oczywiście okazję do zadania pytań, a pytali m.in. o to czym różni się krytyk filmowy od recenzenta, jak również o rynek tekstów filmowych, twierdząc, iż w Polsce jest on dość ubogi, gdyż nakład największego pisma, czyli „Filmu” wynosi jedynie ponad 40 tysięcy. Gdyby nie ograniczone ramy czasowe spotkania, dyskusji nie byłoby końca. Podsumowano ją jednak stwierdzeniem, iż krytycy filmowi zdecydowanie powinni tworzyć festiwale.

k.r.

Recenzje filmów

Dzień 1 – Perfect Sense

Zmyślna opowieść o zmysłowym uczuciu.

Powszechna opinia głosi, że utrata jednego zmysłu wyostrza pozostałe. Tym samym, zmienia sposób doświadczania świata. Co wówczas, gdy wkrótce po utracie jednego zmysłu zaczynają zanikać kolejne? David MacKenzie w swoim najnowszym filmie „Perfect Sense” stara się odpowiedzieć na to i wiele innych pytań.
Sięgając do tradycji różnych gatunków filmowych, od apokaliptycznego thrillera po klasyczny romans, reżyser stworzył niezwykle eklektyczną produkcję, wymykającą się klarownym podziałom kategorialnym. „Ostatnia miłość na Ziemi”, bo pod takim tytułem obraz dystrybuowany jest w Polsce, to niezwykła historia opowiedziana w równie niezwykły sposób. Śledząc na ekranie losy dwójki bohaterów, łączącego ich uczucia, widz jest jednocześnie świadkiem zmagań całego świata z nieuniknionym i niepojętym zagrożeniem.
Scenariusz, autorstwa Kim Fupz Aakeson, wespół z talentem Davida MacKenziego zaowocowały starannie uporządkowaną fabułą, której misterna konstrukcja daje się poznać już od pierwszych scen filmu. „Perfect Sense” sprawia wrażenie doskonałego planu, zrealizowanego z ogromnym rygorem. Nie jest to jednak praca rzemieślnicza, lecz dzieło wykonane z wyraźnie przejawiającą się w nim pasją. Występujące naprzemiennie sekwencje „społeczne” – tudzież „globalne” – wraz z towarzyszącym im komentarzem narratorki, oraz bardzo konkretna love story tworzą nierozerwalną całość, niczym kolejne strofy wiersza.
Liryczne porównanie obejmuje nie tylko analogię dotyczącą struktury utworu. Poetyckość tego filmu przejawia się także w wysmakowanych zdjęciach, synestetycznych poszukiwaniach w obrębie środków wyrazu oraz – może przede wszystkim – w tym, że dzieło MacKenziego jest w stanie naprawdę poruszyć widza.
Czy oznacza to, że film jest pozbawiony wad? Zdecydowanie nie. Obok wzruszenia, „Perfect Sense” potrafi również rozbawić. Niestety, reakcje widowni dowodzą, że nie zawsze wtedy, kiedy powinien – podczas seansu łatwo o salwy śmiechu w momentach, które z założenia miały być dramatyczne.
Pewne zastrzeżenia można mieć również do nierównej gry aktorskiej. Dotyczy to zwłaszcza odtwórczyni głównej roli kobiecej. Eva Green momentami dorównuje filmowemu partnerowi (świetny jak zawsze Ewan McGregor), lecz w niektórych scenach sprawia wrażenie karykatury postaci granych przez nią we wcześniejszych filmach. Na drugim planie także wskazać można zarówno istne „perełki”, jak i znacznie słabsze kreacje.
Z pewnością w „Ostatniej miłości na Ziemi” można wskazać więcej mankamentów. Tym niemniej, byłoby to w zasadzie szukaniem na siłę wad nie będących w stanie przyćmić niewątpliwie ogromnego (pozytywnego!) wrażenia, jakie obraz ten potrafi wywrzeć. Dobre kino wywołuje emocje i ten warunek dzieło MacKenziego spełnia nad wyraz umiejętnie. Kunszt warsztatu i ciekawe poszukiwania formalne stanowią dodatkowe atuty, dzięki którym film z pewnością nie da łatwo o sobie zapomnieć.

k.j.

Dzień 1 – Elena

Kilka słów o rodzinie

„Elena” jest kolejnym filmem, po „Powrocie” (2003) oraz „Wygnaniu” (2007), gdzie tematem naczelnym jest problem rodziny i jej rozpad. Andriej Zwiagincew zaprzecza w wywiadach, że analiza relacji międzyludzkich w tej podstawowej komórce społecznej jest motywem przewodnim jego twórczości. Niemniej nie można oprzeć się stwierdzeniu, iż w kręgu zainteresowań reżysera znajduje się problematyka kondycji współczesnej rosyjskiej rodziny.

Elena zajmuje się domem i to w nim spędza większość swojego czasu, zaś Władimir utrzymuje żonę i sam korzysta z nabytych przez lata dóbr. Małżonkowie żyją bardziej obok siebie niż wspólnie. Jedyną pociechą dla kobiety jest syn i wnuki, choć także oni dostarczają jej zmartwień. Jej wnukowi Saszy grozi pobór do wojska, ponieważ jego złe stopnie uniemożliwiają mu dostanie się na studia. Jedynym rozwiązaniem jest zapłacenie odpowiedniej osobie z władz uczelni dużej sumy, aby nastolatek mógł kontynuować edukację. Władimir jest jedyną osobą, która może wyłożyć sporą kwotę na chłopca. Jednak brak pokrewieństwa z Saszą wystarczy, aby mąż Eleny odmówił pomocy.

Prosta historia „Eleny” oraz minimalistyczne środki stylistyczne użyte w filmie, pozwalają w pełni pochylić się nad anachronicznym postępowaniem bohaterów. Pozornie mogłoby się zdawać, iż dzieło Zwiagincewa nie ukazuje nic nowatorskiego. Jednak Moskwa ukazana w „Elenie” nie przypomina tej, którą znamy z mediów: doniesienia o manifestacjach, szybkim tempie życia, największych na świecie korkach ulicznych czy zagrożeniu społeczeństwa ze strony Czeczenii – tego wszystkiego w filmie nie zobaczymy. Reżyser dąży do uniwersalnego przekazu. „Elena” mogłaby rozgrywać się w każdym innym dużym mieście na świecie. Co więcej, z początku scenariusz pisano z myślą o rynkach zachodnich, gdzie tematem miała być apokalipsa. Projekt nie doszedł do skutku, dlatego Zwiagincew przeniósł historię na rodzime podwórko. Nie jest to jednak zarzut, ponieważ uniwersalny wymiar dzieła może jedynie pomóc w zrozumieniu natury człowieka.

Warto również wspomnieć o nieustającym napięciu, które w „Elenie” narasta z każdą kolejną sceną. Wyczekujemy konsekwencji jakie poniesie główna bohaterka, emocji, które oczyszczą napiętą atmosferę międzyludzkich konfliktów. Celem filmu nie są jednak spektakularne sceny czy moralizatorskie ukaranie winnej kobiety. Uwagę zwracają codzienne czynności oraz określony rytm życia wszystkich członków rodziny, odpowiedź na pytanie – czy błędny wzorzec będzie kontynuowany?

s.w.

Dzień 2 – Salto

Oniryczna wizja samotności

Cate Shortland uznawana jest przez krytyków za jedną z najbardziej interesujących reżyserek australijskich. W swoim obrazie „Salto” artystka tworzy swoistą rzeczywistość alternatywną, która pochłania naszą rzeczywistość. Nie jest to jednak proces namacalny. Przejawia się on potajemnym rozsiewaniem pytań o pewność poznania i naturę świata. Można odnieść wrażenie, że film ten to wysublimowany treściowo i formalnie labirynt myśli i symboli.

Bohaterką jest dorastająca Heidi, wychowywana samotnie przez matkę. Dziewczyna, spragniona bliskości, szuka jej namiastki w przelotnych zbliżeniach. Wykorzystuje swoją seksualność, by choć przez chwilę zbliżyć się do drugiego człowieka. Skonfliktowana z matką, ucieka z domu, by wyruszyć w drogę do zimowego kurortu nad jeziorem Jindabyne. Poruszając się w nieznanej sobie rzeczywistości, uczy się na nowo znaczenia najprostszych wartości i uczuć. Podróż ta okazuje się próbą odnalezienia samej siebie…

Scenariusz, rozszczepiony na kilka pozornie niezwiązanych ze sobą historii, tak naprawdę skrywa w sobie żelazną konstrukcję, której spoiwem jest postać Heidi. Bohaterka, zagrana przez Abbie Cornish, okazuje się katalizatorem wszystkich ważnych wydarzeń ukazanych w filmie. Wrażliwa dziewczyna, której seksualna dojrzałość koliduje z dziecięcą emocjonalnością, jest swoistym motorem napędowych, zmieniającym życie każdego, z kim się zetknie. Temu urokowi ulega szczególnie Joe, z którym połączy ją burzliwy romans. Młody mężczyzna stanowi przeciwieństwo Heidi, nie szuka bliskości, lecz się jej boi, otacza niewidzialnym murem własne uczucia.

„Salto” stanowi przede wszystkim refleksyjny obraz ich trudnej relacji. To film o samotności, którą na głębokim poziomie emocjonalnym czuje każdy człowiek, uczuciach i pragnieniach, które wypalają. Film niejednoznaczny, otwarty na wielorakie interpretacje. Odrealniony klimat budują piękne zdjęcia, chłodny krajobraz australijskiej natury, gra świateł i hipnotyzująca ścieżka dźwiękowa. Wszystkie te elementy kreują finezyjne studium izolacji i melancholii, w którym rzeczywistość łączy się i przeplata z marami sennymi i onirycznymi wizjami bohaterów. Reżyserka ukazuje brutalność otaczającej nas rzeczywistości, przecedza ją jednak przez sito własnej wyobraźni.

Film Cate Shortland stanowi zaproszenie do poważnej rozmowy, zaproszenie, którego nie należy ignorować. Jest bowiem w tym obrazie coś, co nie daje spokoju, chwilami drażni, częściej fascynuje. Intryguje zwłaszcza przedziwne zawieszenie pomiędzy rzeczywistością a snem. Bohaterowie poruszają się po tej cienkiej linii. Są, ale tak, jakby ich nie było. A mimo to rozliczają z przeszłości świat i siebie. Reżyserka odnajduje w tym nieprzerwaną, niemożliwą do rozstrzygnięcia grę między jasną i ciemną stroną człowieczeństwa. Ukazuje, że wszyscy nosimy w sobie winę, którą mamy obowiązek poznać. „Salto” stanowi więc nie tylko podróż w głąb mentalności bohaterów, ale przede wszystkim własnej. Przedziwna to podróż. Wyrusza się w nią z zapartym tchem.

e.k.

Dzień 3 – Savage

Śmierć i mężczyzna

Panta rhei. Dzisiejszy obraz każdego z nas różni się od wczorajszego. Nieustannie weryfikujemy prawdy, które uważamy za słuszne. Sztuka stanowi odzwierciedlenie otaczającej nas rzeczywistości. Przefiltrowana przez naszą wrażliwość, może stać się głęboko wstrząsającym bodźcem zmieniającym nasze postrzeganie świata. Aby tak się stało, musi jednak najpierw poruszyć najczulszą strunę ludzkiej duszy. Czy udało się to twórcom obrazu „Savage”?

Bohaterem filmu jest Paul Graynor, młody fotoreporter, dokumentujący społeczne patologie niebezpiecznego miasta, w którym żyje. Pewnego dnia pada on ofiarą napadu, który diametralnie zmienia jego życie. Pod wpływem traumatycznego przeżycia wrażliwy mężczyzna przeistacza się bowiem z ofiary w kata…

Jest więc jak u Hitchcocka: zaczyna się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie nieprzerwanie rośnie. Okaleczenie Paula stanowi jedynie wierzchołek góry lodowej. Staje się początkiem rozważań o ludzkiej naturze i neurozach dotykających współczesne społeczeństwo. Brendan Muldowney w bezkompromisowy sposób pragnie rozliczyć się z pierwotnymi lękami, obsesjami i emocjami. Poruszając się po mapie myślowej bohatera, obnaża najmroczniejsze zakamarki jego duszy, ukazuje skomplikowaną i fascynującą naturę ludzką. Unika efektownych rozwiązań formalnych, by umożliwić uważne wsłuchanie się w wybrzmiewające słowa. Świat filmowy pod jego panowaniem roztapia się w mroku. Sugestywnie kreuje rzeczywistość będącą na co dzień na marginesie ludzkiej świadomości.

„Savage” to wstrząsające studium przemocy i szaleństwa, powolny, wewnętrzny rozkład żywego organizmu. Film trudny, gorzki, emanujący brutalnym pięknem. Reżyser, przędąc skomplikowaną sieć relacji międzyludzkich, które kształtują bohatera, ukazuje przede wszystkim tę relację, na której opiera się życie każdego z nas- z samym sobą. Przed własnymi lękami, fobiami i obsesjami nie uciekniemy nigdy.

e.k.

Dzień 4 – Lęk wysokości

Lęk Wysokości

Jednym z gości 3. Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej był Bartosz Konopka, twórca między innymi głośnych i docenionych filmów „Królik po berlińsku” i „Lęk wysokości”. Ten ostatni jest fabularnym debiutem młodego, utalentowanego reżysera. Obraz opowiada historię Tomka, ambitnego dziennikarza i jego relacji z najbliższymi mu ludźmi – życiową partnerką, która wkrótce zostać ma jego żoną oraz chorego psychicznie ojca. Zwłaszcza utrudnione kontakty z tym ostatnim znacznie komplikują życie bohatera.

Tym, co uderza najmocniej w filmie Konopki jest umiejętne poprowadzenie historii, która obok dramatyzmu oferuje widzom – jakże potrzebne, a często pomijane w „poważnych” obrazach – chwile rozluźnienia, nienachalnego humoru. Na szczęście reżyser serwuje poszczególne nastroje z odpowiednim wyczuciem, dzięki czemu utwór nie traci na spójności. W efekcie, unikając skrajnego napuszenia i patosu, „Lęk wysokości” zyskuje na wiarygodności.

Film prezentuje się świetnie także od strony estetycznej, a to za sprawą równie dobrze zrównoważonej stylistyki. Widz nie jest atakowany ocierającym się o granice dobrego smaku naturalizmem, którego ostatnimi czasy w kinie, zwłaszcza polskim, nie brakowało. Nie grozi mu również banalny przesyt kiczowato wręcz upiększonymi obrazkami, nijak przystającymi do otaczającej nas rzeczywistości – a i takie wizje niebezpieczne zalały rodzimą kinematografię. Wniosek wydaje się nader oczywisty: Bartosz Konopka dowodzi, iż jest wnikliwym i uważnym obserwatorem świata, jakim go znamy. Komentarz, który za sprawą swojego filmu wystawia podejmowanym tematom, zyskuje tym samym stosowną argumentację i uzasadnienie.

Jakie to tematy? Stwierdzenie, iż obraz opowiada o miłości, wybaczeniu, ignorancji, potrzebie otwartości i bliskości, zawiłościach życiowych ścieżek czy zagubieniu i poszukiwaniu być może „trąci myszką” jako pakiet utartych schematów.

Tym niemniej, wszystkie te kwestie odnaleźć można w „Lęku wysokości” bez problemu. Warto jednak zaznaczyć, że nie wyczerpują one bogactwa motywów, które w bardziej lub mniej świadomy sposób Konopka zamieścił w swoim filmie. Jako że utwór dedykowany jest ojcu reżysera, osobisty charakter dzieła każe jednak przypuszczać, że nic nie znalazło się w nim przez przypadek. Za pewnik przyjąć można natomiast, że każdy widz dostrzeże w tym obrazie coś innego, coś bliskiego jego sercu.

W wypadku każdego tekstu treść to jedna strona medalu, na którego rewersie ulokować należy formę. Także pod tym względem dzieło Konopki uznać można za przejaw talentu zarówno samego reżysera, jak i reszty ekipy tworzącej film – pozwolę sobie wspomnieć choćby o wysmakowanych zdjęciach, za które odpowiada Piotr Niemyjski.

Dobrze napisany scenariusz (autorstwa Piotra Borkowskiego i Bartosza Konopki) stał się podstawą, na której swoje kreacje stworzyła wielka aktorska trójka tego filmu: Marcin Dorociński, Krzysztof Stroiński i Dorota Kolak. Udało im się pokazać na ekranie prawdziwe emocje, a nie można tego powiedzieć o każdej kreacji w ich dorobku (może poza Stroińskim, który chyba nie jest w stanie rozczarować). Być może to kolejna z zasług reżysera, który potrafił odpowiednio pokierować obsadą. Tym bardziej, że role drugoplanowe także zasługują na uznanie.

„Lęk wysokości” to dobry film, opowiadający ciekawą historię za pomocą „odpowiednich” środków wyrazu. Nie ma w nim zbędnej przesady, wszystko sprawia wrażenie doskonale wyważonego i przemyślanego, owocując spójnym i kompletnym dziełem. Osobisty charakter utworu tylko dodaje mu autentyczności, stanowiąc spoiwo łączące sprawny warsztat z treścią, którą zwyczajnie chce się poznać.

k.j.

Dzień 3 – Snowtown

Wielowymiarowość żądzy

Film „Snowtown” sprawia autorce tekstu pewien problem. Film Justina Kurzeli jest jednym z najbardziej przejmujących obrazów jakie widziałam (z pewnością fakt, iż obraz oparto na faktach nie pozostaje bez znaczenia). Jednocześnie mając współcześnie dużą styczność z obrazami przemocy i okrucieństwa można potraktować „Snowtown” jako kolejny film o psychopacie i rozpatrywać go według tego paradygmatu.

W australijskim miasteczku dochodzi do molestowania kilku chłopców przez sąsiada-pedofila. Mimo, aresztowania dewiant szybko wychodzi na wolność, ponownie zagrażając tamtejszej społeczności, która zaczyna odczuwać ogólną bezsilność. Z pomocą przychodzi im nie policja, lecz pojawiający się znikąd John.

Historię opowiedziano z perspektywy Jamiego, który uosabia bierne i bezradne społeczeństwo. W trakcie trwania filmu obserwujemy przemianę chłopca pod wpływem apodyktycznego partnera matki. Wpajana mu ideologia przestaje funkcjonować kiedy kolejnymi ofiarami stają się osoby nie mające nich wspólnego z ich wcześniejszymi założeniami. Początkowy mechanizm obronny ustępuje miejsca podporządkowaniu się woli swojego nowego autorytetu stając się narzędziem w jego rękach.

Ważnym walorem „Snowtown” jest kreacja Daniela Henshalla w roli seryjnego mordercy Johna Buntinga. Odgrywana przez niego postać zawiera w sobie wyraźną dychotomię zatroskanego opiekuna chłopców Elizabeth, równocześnie odsłaniając jego obłąkaną potrzebę kontroli i dominacji. Działając początkowo w obronie zbiorowości, mężczyzna staje się tyranem dla swojego otoczenia. W jednej ze scen, John podczas wizyty u jednej z mieszkanek miasteczka wydaje kobiecie polecenia podobne do tych, które wcześniej słyszeliśmy z ust pedofila do synów Elizabeth. Skonfrontowanie tych dwóch sytuacji jest tym bardziej frapujące, iż reżyser podczas molestowania chłopców nie ukazuje twarzy oprawcy. Kiedy John wydaje polecenia opasłej kobiecie zastosowano początkowo podobny zabieg, jednak po chwili widzimy pożądliwe spojrzenie Johna. Celem obu scen jest wywołanie niesmaku, poczucia zaburzenia przyjętych norm.

Jedynym elementem, który od początku nas nie okłamuje jest muzyka. Nawet pozornie beztroskie sceny obnażone są narastającym napięciem w warstwie dźwiękowej. Reżyser uzmysławia nam, że to co widzimy jest tylko stanem tymczasowym.

W „Snowtown” ideologiczne zabójstwa na pedofilach zostają zastąpione rządzą władzy i kontroli. Początkowo społeczny ruch mający na celu naprawienie społeczeństwa na własną rękę powoduje całkowite spaczenie zasad moralnych. Film pokazuję jak zgubne skutki może mieć wiara w fałszywych bohaterów i ślepe podążanie za fanatycznymi ideami.

s.w.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *