5. FKA – DZIEŃ 2

Adam Cybulski, Kultowy VHS

„VHS Hell” – stosunkowo młoda, rodzima inicjatywa stawiająca sobie za cel kultywację tego mniej reprezentatywnego oblicza analogowego dziedzictwa przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, zawitała w końcu do Łodzi. Objazdowy cykl, powołany do życia kilka lat temu na terenie Trójmiasta przez pasjonatów kina klasy B, przystanął 10 października przy ulicy Łąkowej, na terenie byłej Wytwórni Filmów Fabularnych, aby w ramach rówieśniczego festiwalu Kamera Akcja zaprezentować „Deadly Prey” (1987).
Wyreżyserowany przez Davida A. Priora film jest jednym z wielu ściągających w tamtym okresie od kasowego „Rambo: Pierwsza krew” (1982). Kilka lat po wykreowaniu przez Sylvestra Stallone’a wizerunku muskularnego herosa rozprawiającego się w pojedynkę z całą hordą uzbrojonych przeciwników, na amerykańskim podwórku zaczęły pojawiać się realizacje ewidentnie nawiązujące do dzieła Teda Kotcheffa: od „Komando” (1985) z Arnoldem Schwarzeneggerem, po niskobudżetowe „Oko tygrysa” (1986). Wariacje na ten temat zaproponowało również kino włoskie [„Thunder” (1983), „Double Target” (1987), „Strike Commando” (1987)] i tureckie [„Rampage” (1986)].
„Deadly Prey” oferuje należycie kuriozalną anegdotę. Niedaleko Los Angeles obozuje grupa silnie zmilitaryzowanych najemników, dowodzona przez zwyrodniałego pułkownika Hogana. Ulubioną praktyką tej pokątnej armii są ćwiczenia na tzw. „żywych celach”, za które służą uprowadzeni wcześniej przypadkowi mężczyźni. Kierowani przez Hogana żołnierze nie wiedzą, że ich ostatnią zdobyczą jest nieposkromiony Mike Danton, maszyna do zabijania wyszkolona niegdyś przez ich własnego dowódcę.
Pokaz rozpoczął się po północy, a więc tak, jak przykazałby Ben Barenholtz, właściciel nieistniejącego już nowojorskiego kina Elgin, będącego niegdyś mekką słynnych Midnight Movies, w której zombie George’a A. Romero spotykały się z najobrzydliwszymi ludźmi świata Johna Watersa. Naciśnięcie przycisku play na panelu magnetowidu poprzedziło krótkie wprowadzenie Krystiana Kujdy, jednego z założycieli VHS Hell, w którym zachęcał widzów do spontanicznych, żywiołowych reakcji podczas seansu oraz śmiałego komentowania filmu, słowem: do odbioru kultowego. Namowy te były prawdopodobnie zupełnie zbędne, jako że niczym nieskrępowane salwy śmiechu skutecznie prowokował paradujący po leśnej głuszy w przykrótkich spodenkach protagonista o bujnej blond czuprynie, niezamierzenie wprowadzane homoerotyczne podteksty, nieudolne punchline’y czy ekspozycje bohaterów konstruowane wokół kwestii pokroju: „Ostatni raz widziałem cię, gdy ratowałeś mi życie i sam zostałeś trafiony”. Dopisała frekwencja, dopisały dobre nastroje. Wśród widowni zabrakło jedynie kostiumów komandosa, gumowych granatów i symultanicznego odtwarzania marnych dialogów.

_T8B5783[Fot. Paweł Mańka]


 

Joanna Birek, Kłamstwo w stylu noir

Lata 90. były wyjątkowo płodne dla twórców kina gatunkowego, a zwłaszcza – thrillerów. Na fali popularności takich filmów jak „Nagi instynkt” powstało wiele innych, podobnych w klimacie dzieł, jednak znaczna ich część nie zapisała się w pamięci widzów z taką samą siłą. Jednym z takich być może niesłusznie zapomnianych dreszczowców jest „Kłamca” (1997) w reżyserii braci Pate. Widzowie Kamery Akcji mieli jednak okazję poznać ten film w ramach cyklu „Ryczący lew. Złota era Hollywood”.
W tajemniczych okolicznościach zostaje zamordowana i pośmiertnie poćwiartowana prostytutka, Elizabeth Loftus (Renée Zellweger). Jedyną poszlaką, jaką udało się znaleźć policji, jest numer telefonu do syna magnata tekstylnego, Jamesa Waylanda (Tim Roth). Ze względu na brak wyraźnych dowodów dwóch detektywów postanawia zweryfikować prawdomówność podejrzanego za pomocą testu wariografem. Rozpoczyna się niebezpieczna gra pomiędzy Waylandem a jego oskarżycielami; wkrótce okazuje się, że nic nie jest takim, jakim się z początku wydawało.
Pozornie prosta i schematyczna konstrukcja fabularna filmu została skutecznie zagmatwana w taki sposób, by ani przez chwilę widz nie miał pewności co do prawdziwości wydarzeń, których był właśnie świadkiem. Podobnie jak główny bohater „Kłamcy”, jego twórcy przez cały czas trwania akcji starają się zwodzić odbiorcę i podsuwać mu fałszywe tropy. Choć szybko wychodzi na jaw, że Wayland nie mówi policjantom całej prawdy o wydarzeniach z nocy, w której zamordowana została Elizabeth, to właściwie do końca filmu musimy poddawać w wątpliwość to, czy jest on winny, czy też nie.
„Kłamcę” na tle wielu podobnych mu thrillerów z lat 90. wyróżnia skomplikowana narracja, w której rzeczywiste wydarzenia przeplatane są retrospekcjami o niepewnym charakterze. Nawet, gdy wydaje nam się, że oto mamy do czynienia z prawdą, szybko wkrada się jakiś element, który zaburza ten porządek. Mistrzowską sceną jest na przykład moment, w którym Wayland staje się narratorem jednej z takich retrospekcji: pozornie widzimy dokładną ilustrację jego opowieści, ale okazuje się, że cytowane przez niego słowa różnią się od słów padających w rzeczywistości z ust jego rozmówczyni.
Rzuca się także w oczy inspiracja kinem noir, widoczna w filmie bracie Pate niemal na każdym kroku. Ujawnia się ona nie tylko w głębokich cieniach, które kładą się na twarzach głównych bohaterów czy klimatycznej, trzymającej w napięciu muzyce w stylu retro. Przesłuchujący Waylanda detektyw Kennesaw sam wydaje żywcem wyjęty z mrocznych filmów lat 40.; można nawet powiedzieć, że ma swoją femme fatale. Do granic możliwości wykorzystany został także motyw wariografu, w filmie traktowanego z nabożną czcią przez wszystkich bohaterów. Ten przestarzały już sprzęt tylko kilkakrotnie wyparty zostaje przez bardziej nowoczesne techniki śledcze, jak chociażby nagranie wideo. Mimo to rysowane przez niego wykresy nadal pozostają najistotniejszą częścią śledztwa.
Dzięki swojej ciężkiej atmosferze i zanurzeniu w stylu retro „Kłamca” z pewnością wybija się na tle bardziej nowoczesnych i nieco mniej eksperymentalnych w swojej formie thrillerów lat 90. Tim Roth przekonująco odgrywa człowieka, którego motywacje do końca nie zostaną przez widza poznane. Ostatecznie zagadka pozostaje bez odpowiedzi; przewijający się przez film bohaterowie w równej mierze zasługują na miano tytułowego kłamcy. Sam film staje się jednym wielkim kłamstwem, opowiedzianym widzowi. To on ostatecznie wybierze sposób, w jaki należy odczytać jego zakończenie.


Joanna Birek, Konkurs krytyk mówi – dzień I

W czasie drugiego dnia festiwalu rozpoczął się kolejny etap konkursu Krytyk Mówi na wypowiedź krytyczno-filmową. Odbyły się pokazy dwóch filmów z cyklu „Ryczący lew. Złota era Hollywood”: „Narkotykowy kowboj” Gusa Van Santa i Kłamca braci Pate, które zostały poprzedzone przez prelekcje finalistek tej edycji. To pierwsza część tego etapu konkursu – na kolejną składają się pokazy „Legendy Kaspara Hausera” o godz. 18:00 w sobotę i „Jestem Joe” w niedzielę o 10:30.
Jako pierwsza okazję do zmierzenia się z żywą publicznością miała Karolina Nieckarz, studentka filmoznawstwa i nowych mediów na Uniwersytecie Jagiellońskim. Stoi przed nią wyjątkowo trudne wyzwanie, bo w zasadzie gra na cudzym boisku. Jej dzisiejszym zadaniem było przybliżenie widzowi „Narkotykowego kowboja” w reżyserii Gusa Van Santa. Dzielnie podjęła się tego zadania, choć nie bez widocznego działania nerwów, oczywistego w takiej sytuacji jak ta. Postarała się przedstawić widzom kilka przydatnych w czasie oglądania tego filmu niuansów, choć zrobiła to raczej w formie luźno ze sobą powiązanych ciekawostek. Prelekcja była stosunkowo zwięzła i krótka, pozbawiona niepotrzebnych dłużyzn. Kolejny raz Karolina zaprezentuje się przed „Legendą Kaspara Hausera” już w sobotę o 18:00.

rode-krytyk[Fot. Paweł Mańka]

Kilka godzin później przed filmem „Kłamca” prelekcję wygłosiła Diana Dąbrowska, doktorantka łódzkiego filmoznawstwa. Dzięki późniejszej godzinie na pokazie stawiło się znacznie więcej osób niż w czasie prelekcji Karoliny. Stąd też jej konkurentka miała być może nieco trudniejsze zadanie, bo stanęła przed większą publiką. Mimo stresu Dianie szybko udało się wejść w rytm wypowiedzi. Przybliżyła widzom kontekst powstania „Kłamcy”, a także postarała się scharakteryzować jego główne cechy i nawiązania do kina noir lat 40. Prelekcja Diany charakteryzowała się przemyślaną konstrukcją i pewnością wypowiedzi jej autorki. Jej następny występ będziemy mogli zobaczyć w niedzielę o 10:30, kiedy opowie nam o „Jestem Joe”.

rode-krytyk2[Fot. Paweł Mańka]
Rozstrzygnięcie konkursu odbędzie się w czasie gali zamknięcia festiwalu. To widzowie zadecydują, która z finalistek zdobędzie laur zwycięzcy, dlatego warto odwiedzić jeszcze pokazy „Jestem Joe” i „Legendy Kaspara Hausera”, by móc wesprzeć obie dziewczyny w walce o wygraną.


Joanna Birek, Pisanie o filmie. Wokół serii Filmo!znawcy – relacja ze spotkania

Jak pisać o filmie? Czy warto to robić? Jak trafić do odbiorców? Na te i inne pytania starali się dzisiaj odpowiedzieć goście panelowej dyskusji wokół niedawno rozpoczętej serii wydawniczej „Filmo!znawcy”. Do rozmowy zostały zaproszone autorki trzech książek filmoznawczych i nauczycielki akademickie zarazem: Ewa Ciszewska, Małgorzata Jakubowska i Elżbieta Durys, spotkanie poprowadziła zaś Anna Zarychta.

_T8B5658

[Fot. Paweł Mańka]

Pierwsze pytania, które zostały skierowane do gości, nie należały do najprostszych – prowadząca śmiało pytała o kwestie sensu tworzenia takiej literatury, a nawet jej miejsca w świecie, w którym coraz częściej mówi się o kryzysie humanistyki jako takiej. Zaproszone jednak zgodnie podkreślały w swoich wypowiedziach, że to, co najważniejsza w tworzeniu tego typu pozycji naukowych jest płynąca z serca pasja; odżegnywały się jednocześnie od stwierdzenia, że humanistyka nikomu już nie jest potrzebna.
Ponieważ wszystkie zaproszone osoby związane są z profesjonalnym, akademickim spojrzeniem na tematykę filmową, znaczną część dyskusji zajęło roztrząsanie problemu zamknięcia się środowiska naukowego w stosunku do pasjonatów kina-amatorów. Ewa Ciszewska ze smutkiem zauważyła, że istnieją dwa zamknięte obiegi – teoretyków filmowych i amatorów – które wzajemnie się unikają. Wysunięto wnioski, że barierę stanowi między innymi trudny, często niezrozumiały dla przeciętnego odbiorcy język akademicki, a Małgorzata Jakubowska podkreśliła istotność mówienia o filmie także z perspektywy innych dziedzin, takich jak filozofia.
Zebrani na spotkaniu uczestnicy mogli dowiedzieć się również, jak wygląda proces przygotowywania książki od momentu konceptualizacji jej tematu aż po trudny i często nadmiernie zbiurokratyzowany proces wydawniczy. Elżbieta Durys nie ukrywała, że wiele zależy od zewnętrznych czynników; w środowisku naukowym nie o wszystkim „wypada” pisać, nie jest łatwo też samemu poprowadzić swoją książkę ku publikacji.
Gdy do rozmowy włączyła się publiczność, bardziej szczegółowo podjęto dyskusję na temat tego, z czego wynika trudność dotarcia do odbiorcy przez tego typu literaturę. Okazało się, że oprócz hermetycznego języka prac naukowych, na przeszkodzie potrafi stać także bezlitosny rynek wydawniczy, który wielu z tych publikacji nie dopuszcza do powszechnego obiegu ze względu na nieopłacalność takiego przedsięwzięcia. Do dyskusji włączyły się osoby nie związane ze środowiskiem naukowym, pragnące dowiedzieć się, jak z jednej strony jako bloger-amator zdobyć swoimi tekstami uznanie akademików, a z drugiej – jak stworzyć język wypowiedzi, który nie jest ani nadmiernie naukowy, ani zbyt banalny. Wszyscy goście chętnie podzielili się wskazówkami dotyczącymi pisania takich tekstów. Ich zdaniem, najważniejszą cechą dobrego pisania o filmie jest odwaga w kreowaniu własnych, osobistych i oryginalnych tez, co postulują także w swojej pracy akademickiej.
Choć wnioski ze spotkania nie były przesadnie optymistyczne – okazało się chociażby, że publikowanie prac naukowych ma swoje ciemne strony – to goście rozstali się z publicznością w dobrej atmosferze. Był to kolejny krok w podjęciu dialogu pomiędzy środowiskiem akademickim a tym należącym do krytyków i blogerów, pokazujący, że warto otwierać się na idee obu stron.


Anna Lulewicz, Siła wyższa

Tomas i Ebba to zamożne małżeństwo z dwójką dzieci. Być może pomiędzy małżonkami nie ma już wielkich emocji, ale zdają się tworzyć zgraną rodzinę. Tomas był niezwykle zapracowany w ostatnim czasie, chcą więc wykorzystać kilka dni wolnego, żeby pobyć ze sobą. Wybierają nowoczesny hotel w Alpach, gdzie planują jeździć na nartach. Ale mimo sprzyjających okoliczności właściwie od początku coś zaczyna zgrzytać. Może (już) nie umieją być ze sobą na co dzień.
Osią „Turysty” Rubena Östlunda jest jednak zaskakujące zdarzenie, które spotyka rodzinę w hotelowej restauracji. To, co wygląda początkowo na kontrolowaną lawinę, w kilka sekund opanowuje restauracyjny taras i wprawia w osłupienie, a w końcu i panikę siedzących tam gości. Jest to kluczowy moment, pokazujący w jasnym świetle, kto kim tak naprawdę jest. Ebba instynktownie chroni bowiem swoje dzieci, Tomas natomiast ucieka, nie zapomniawszy jednak zabrać ze stołu rękawic narciarskich i iPhone’a. Nikomu na szczęście nic się nie stało, ale ziarno zostało zasiane, by powoli zacząć wypuszczać kwaśne pędy. Sytuacja zachwiała poczuciem bezpieczeństwa Ebby, tym bardziej, że Tomas nie jest gotów przyznać, że postąpił tak, a nie inaczej. Sytuacja eskaluje, wciągając w swój wir także znajomych Tomasa i Ebby.
Film operuje emocjami na najwyższym poziomie. W tej doskonale skonstruowanej psychodramie, teatralność budowana na muzyce, długich scenach, dialogach, czy w tym wypadku może bardziej monologach, nieruchomych kadrach, a nawet udawaniu emocji, budzi rozbawienie i salwy śmiechu. Z drugiej strony doskonale wiemy, że jest to film na poważnie, którego zamiarem finalnie nie jest efekt komediowy.
Jest to też swego rodzaju soczewka, przez którą możemy przyglądać się kondycji dzisiejszej rodziny. Obrazem tym reżyser pyta o rolę mężczyzny w dzisiejszym, zaspokojonym na wielu poziomach, społeczeństwie. I wydaje się, że odpowiedź, jaką sugeruje, stawia niezbyt optymistyczną diagnozę.  A może rodzina, w potocznym rozumieniu, w ogóle nie jest potrzebna, i jak mówi kobieta, która prowadzi bujne życie towarzyskie za przyzwoleniem męża – szczęśliwy rodzic to szczęśliwe dzieci i to jest wszystko, co możemy im dać.
Film jest idealnym kompromisem pomiędzy sztuką wysoką a tą, która potrafi zainteresować także mniej wyrafinowane gusta. Nic dziwnego, że podbił serca widzów wielu festiwali filmowych, między innymi w Cannes.


Mikołaj Góralik, Kino społeczne z nutą liryzmu: „Klub Jimmy’ego” („Jimmy’s Hall”, 2014 ) reż. Ken Loach

Wybierając się do kina na filmy sygnowane nazwiskiem Kena Loacha, można spodziewać się, iż Brytyjczyk wyrazi swój światopogląd eksplicytnie w tekście filmowym. Również w „Klubie Jimmy’ego” reżyser otwarcie promuje swoje społeczno-polityczne poglądy, dowodząc między innymi, iż gramofon może mieć taką samą siłę oddziaływania, jak „Kapitał” Karola Marksa oraz zestawiając scenę emocjonalnego kazania z sekwencją tańca w rytm muzyki jazzowej. I choć robi tak niemal za każdym razem, jego najnowszemu dziełu nie można odmówić zaskakujących rozwiązań oraz uroku. Loach przenosi nas do Irlandii czasów międzywojnia, rządzącej się wciąż surowym kodeksem moralnym, zgodnie z którym zabronione są gorszące rozrywki, takie jak taniec czy zorganizowane zajęcia w grupach, o ile nie są organizowane pod ścisłym nadzorem Kościoła. W takim kontekście pomysł Jimmy’ego Graltona (Barry Ward), by przywrócić niegdyś założony przez niego klub – miejsce, gdzie po pracy gromadzi się lokalna społeczność, by uczyć się, oddawać rozrywkom, dyskutować i tańczyć – odbierany jest jako niechciana aktywność polityczna, podburzająca do buntu. On sam, oskarżony o komunistyczne poglądy, stanie przed groźbą skazania na ponowną banicję, która już raz odebrała Jimmy’emu miłość jego życia.

Dramatyczna historia Irlandii, portretowana okiem Kena Loacha, jawi się jako nierówna walka prawych do szpiku kości protagonistów z represyjną i zacofaną władzą, świecką oraz duchowną. Racja może być tylko po jednej stronie i reżyser arbitralnie przyznaje ją tym pierwszym. Oglądamy więc kolejne płomienne przemówienia Jimmy’ego, manifestacyjne zachowania młodzieży, dla której charyzmatyczny przywódca jest wzorem do naśladowania, w tle zaś pobrzmiewa mit irlandzkiej prowincji, solidaryzującej się we wspólnym celu przeciwko właścicielom ziemskim. Na więcej niuansów Loach pozwolił sobie tylko w watkach pobocznych, jednak aktorzy pierwszoplanowi stworzyli tak wyraziste kreacje, iż postaci pojawiające się w epizodach – między innymi postępowy ojciec Seamus (Andrew Scott) – w ogóle nie mają siły przebicia. Sympatia, jaką Loach darzy Jimmy’ego, udziela się także odbiorcom, podobnie jak we wcześniejszym „Wietrze buszującym w jęczmieniu” (2006), bojownik staje się romantycznym bohaterem, poświęcającym się dla dobra ojczyzny. Jimmy to postać bez skazy, i choć ponownie u Loacha pojawia się w tym filmie wątek Irlandzkiej Armii Republikańskiej, bohater nie jest uwikłany w kontakty z politycznymi konserwatystami. Gralton dziesięć lat spędził w Ameryce, reprezentuje więc zupełnie inną mentalność. Zarzuca proboszczowi lokalnej parafii (Jim Norton): „Jest w tobie więcej nienawiści niż miłości”, w końcu jednak zyskuje cichą aprobatę, a przynajmniej podziw, nawet u tego zatwardziałego kościelnego hierarchy. Niezbyt prawdopodobna to wizja, choć łatwo można dać się jej uwieść – duża w tym umiejętność prowadzenia linii narracyjnej przez Loacha. Pomimo tego, iż oglądamy klasyczne kino społeczne, skupiające się przede wszystkim na dogłębnej charakterystyce bohaterów, zostało ono wzbogacone tym razem sporą dawką liryzmu. Widać to najlepiej w wysublimowanych zdjęciach plenerowych, spowitej w mgłach wiecznie zielonej wyspy, scenach tańca w rytm irlandzkiej muzyki oraz pełnych patriotycznych uniesień kwestiach dialogowych. W „Klubie Jimmy’ego” można wyraźnie wyczuć nutę nostalgii Loacha, który zdając sobie sprawę, iż najpełniej wyraża swoje poglądy za pomocą filmów, zadeklarował jednak, iż tym obrazem prawdopodobnie żegna się z kinem jako reżyser.

Wojciech Kobylański, Tęsknota za VHS-em

Magię utożsamiamy z innym rodzajem rzeczywistości, z czymś, co stanowi pewnego rodzaju odskocznię od powtarzającej się codzienności. Fenomen VHS-u można śmiało z tą kategorią skojarzyć. Ale dlaczego akurat to medium zyskało takie właśnie znaczenie?
W panelu dyskusyjnym poświęconemu rynkowi filmowemu minionej epoki wzięło udział pięciu znawców zagadnienia. Dyskusję poprowadził Michał Pabiś-Orzeszyna, filmoznawca z Uniwersytetu Łódzkiego. Wzięli w niej udział: Piotr Sitarski, filmoznawca z UŁ, Grzegorz Fortuna, student Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Gdańskiego i Krystian Kujda, organizator cyklu filmowego „VHS HELL”. Gościem wyjątkowym okazał się Jacek Samojłowicz, którego ominęła większość dyskusji, jednak zdążył podzielić się kilkoma historiami.

_T8B5616

[Fot. Paweł Mańka]

W trakcie dyskusji powoli, acz konsekwentnie klarował się obraz mitu, który obrósł technologię VHS. W ramach wprowadzenia wskazano na wspólnototwórczą rolę taśm. W czasach rozkwitu tej technologii odnoszono się do seansów z wręcz rytualnym namaszczeniem. Sprzęt, na którym można było odtwarzać filmy, automatycznie urósł do rangi prestiżowego, a ludzie, którzy mogli pozwolić sobie na magnetowid, byli bardziej poważani pod względem towarzyskim.
Organizator przeglądów „VHS HELL”, Krystian Kujda wspomniał o tym, że znakomitą większość widowni cyklu stanowi młodzież. Próbowano to wytłumaczyć swego rodzaju ciekawością, bądź tęsknotą za czymś, co młodzi ludzie pamiętają z czasów wczesnego dzieciństwa. Ewentualnym powodem może być również zwyczajny pociąg do klimatów „vintage”, warunkowany modą lub faktycznym zainteresowaniem.
Piotr Sitarski zwrócił uwagę na (mimo problematycznej dostępności) przyswajalność technologii VHS. Pojawiła się także kwestia porównania funkcjonalności płyt DVD do VHS, w którym to właśnie drugie medium zwyciężyło, zarówno pod względem możliwości edycji (nagrywania, kasowania), jak i z punktu widzenia efektów eksploatacji nośnika. Kasety wypożyczane, przechodzące z rąk do rąk, nabierały wyjątkowych śladów – charakterystycznych trzasków, pojawiających się tuż przed sceną, która bywała poprzednio wiele razy przewijana i odtwarzana ponownie (dotyczyło to w dużej mierze scen relacji damsko-męskich), czy rozmazanego obrazu. Co ciekawe, czas na taśmie był na wagę złota, więc w roli „zapychaczy” między dwoma filmami często nagrywało się reklamy lub fragmenty programów telewizyjnych. A taśmy z różnymi, domowymi materiałami (home movies), skompilowanymi w jedno, mogły urosnąć do swego rodzaju dzieła, nabrać wartości artystycznych. Kolejnym atutem, zwłaszcza w przypadku filmów klasy B, jest fakt czerpania przyjemności z błędów lektora. Nie zapominajmy o często amatorskim charakterze jego pracy – ludzie kupujący taśmy samodzielnie podejmowali się prób tłumaczeń.
Pytania publiczności krążyły wokół pozyskiwania starych filmów w czasach współczesnych, białych kruków VHS-owego świata oraz cen, jakie mogą osiągać trudno dostępne kasety (najwyższa podana kwota podana przez Krystiana Kujdę to 150 złotych za film).
Na sam koniec padło kilka historii o początkach branży VHS-owej i o problemach, z którymi borykali się pierwsi dystrybutorzy. Jacek Samojłowicz opowiedział w kilku zdaniach o tym, jak trudne bywało utrzymanie wypożyczalni czy dostęp do pożądanych filmów. Do jednej z wypożyczalni Samojłowicza wrzucono granat, więc jak widać – branża była wymagająca.


Wojciech Kobylański, O tajnikach filmowego dźwięku

IMG_3438[Fot. Marta Strzelczyk]

Piątkowe warsztaty w kinie Wytwórnia rozpoczęło spotkanie, którego głównymi bohaterami stali się fachowcy w dziedzinie udźwiękowiania filmu: Błażej Kafarski i Michał Kosterkiewicz. Było ono doskonałą okazją do poszerzenia wiedzy o dźwięku w filmie.
Pierwszą część warsztatu prowadził głównie Błażej Kafarski. Goście, słowem wstępu, usłyszeli krótkie przypomnienie historii przełomu dźwiękowego. Stanowiło ono doskonały punkt odniesienia do rozwinięcia dalszego wprowadzenia w tajniki pracy dźwiękowca. Następnie wyodrębnione zostały składowe dźwięku pojawiającego się w filmie. Do kategorii tej należą w pierwszej kolejności: dialogi, efekty synchroniczne (takie jak np. szelesty, kroki itd.), atmosfery (czyli np. szum morza, dźwięki lasu) oraz efekty boczne, inaczej SFX (tutaj można wymienić spektakularność wybuchów). Wywód został zilustrowany skrupulatnie omówionymi przykładami.
Okazało się też, że filmowy dźwięk podlega kolejnemu podziałowi: na tzw. „setki”, czyli dźwięki pochodzące z planu oraz na postsynchrony, wykreowane i dodane już w procesie obróbki.
Jako dwa skrajnie odmienne od siebie przykłady, zaprezentowane zostały fragmenty dwóch dzieł. Były to „Nóż w wodzie” oraz „Broadwalk Empire”. Pierwszy z nich był dowodem na dominującą rolę odgrywaną przez postsynchronizację. W drugim wypadku, praca na planie filmowym wymagała ogromnych nakładów: zastosowano kontenery w celu wytłumienia hałasu współczesności (spełniały oczywiście również funkcję wizualną; inscenizacja klimatu i czasów, w których odbywała się akcja filmu, mogła tylko w ten sposób osiągnąć najwyższy poziom wiarygodności).
Do humorystycznych akcentów (których na spotkaniu nie zabrakło!) należy przypisać pokaz „odgrywania” dźwięków. Podczas tego procesu, aktorzy wpatrzeni w obraz starają się jak najwiarygodniej oddać istotę jakości dialogów lub dźwięków wydawanych przez nich na planie filmowym. W scenach walki towarzyszy temu konsekwentne okładanie kawałka mięsa lub kapusty, podczas gdy na ekranie oglądamy markowane ciosy, które w rzeczywistości planu filmowego brzmią inaczej, lub nie brzmią w ogóle. Do tego należy dodać łamanie desek czy rzucanie różnymi przedmiotami w celu nasycenia danej sceny itd.
Kolejnym ważnym aspektem z dźwiękowego punktu widzenia są atmosfery. Zostało to w ciekawy sposób przedstawione na przykładach z „Szeregowca Ryana”. Wiarygodność w odtworzeniu dźwięku strzału danej broni i jej mechaniki musiała zostać skonsultowana z weteranami II wojny światowej. Błażej Kafarski zwrócił uwagę na jeszcze jedną istotną sprawę – w scenach przejścia od zgiełku wybuchów, padających trupów i ogólnego wrażenia horroru wojny, atmosfery odgrywają szczególną rolę w momencie zbliżenia na twarz bohatera. Tło zostaje wtedy przytłumione, zastępuje je pewnego rodzaju pisk czy szum (wrażenie podobne po przyłożeniu muszli do ucha).
Okazuje się, że umiejętne zagranie ciszą również przynosi wspaniałe efekty. Dowodem na to miały być fragmenty „Odysei kosmicznej” czy „Grawitacji”. W pierwszym dziele dźwięk słyszany jest z perspektywy kamery: we wnętrzach owszem, ale w próżni już nie. Takie fizyczne podejście do dźwięku daje interesujący efekt. Drugi tytuł oferował nam bohaterów filmu jako punkt odniesienia. Dominowały motywy takie jak oddech, bicie serca, czy komunikacja między sobą. Innymi słowy słyszeliśmy to, czego astronauta mógł doświadczyć jedynie w swoim skafandrze. Dodatkowym przykładem były „Gwiezdne Wojny”, czyli sytuacja, w której dźwięk w przestrzeni kosmicznej ani na chwilę nie stara się odnieść do fizycznej rzeczywistości.
W drugiej części spotkania (podczas zadawania pytań) Michał Kosterkiewicz przybliżył kulisy codziennej pracy przy dźwiękowej obróbce filmu. Do pracy przy odpowiedniej składowej przypisany jest zawsze inny specjalista: jedna osoba dodaje dźwięki kroków, druga odgłosy dżungli itd. Kosterkiewicz określił to kilka razy jako „zabawę”, jednocześnie zwracając uwagę na to, że zajęcie to bywa żmudne i musi być wykonywane z niezwykłą precyzją.


Joanna Birek,  Narkomani w krzywym zwierciadle

Narkomania zazwyczaj jest w kinie traktowana jako temat trudny i nieprzystępny, pełen nieprzyjemnych skojarzeń. Zostaliśmy przez współczesną kinematografię światową przyzwyczajeni do pewnego klucza, jakim posługują się reżyserzy, by zmierzyć się z kwestią tego nałogu. Sięgają po drastyczny naturalizm przedstawienia, który ma brutalnie pokazać cały horror uzależnienia od substancji psychoaktywnych – zbliżenia na wbijane w żyły igły, sceny przedawkowania, brudne, ponure klitki, które zamieszkują bohaterowie czy wreszcie bezeceństwa, którym się oni oddają, by zaspokoić swój wieczny głód. To historie pozbawione nadziei, pełne przemocy stadia upadku człowieka, zawsze okrutne w swoim naturalizmie.

Tymczasem Gus Van Sant, odważnie, niemal bezwstydnie, w swoim Narkotykowym kowboju sięga po ten schemat i niemal całkowicie go odwraca. Nadal jest to historia o uzależnieniu, jednak jej bohaterowie wydają się traktować je raczej jako styl życia, wolny wybór, a nie trzymającego nad nimi władzę demona. Zamiast dramatu psychologicznego, mamy tu do czynienia z czarną komedią, pełną niewymuszonego humoru i luzu, a nawet lekkości i pewnej dozy optymizmu – czego nie można powiedzieć o większości filmów o tej tematyce.

Faktycznie, grupa przyjaciół pod przywództwem tytułowego narkotykowego kowboja, Boba (Matt Dilon), zupełnie nie przypomina borykających się z ciągłym głodem ludzi na krawędzi. Są młodzi, zdrowi i wydają się świetnie bawić przy ich popisowym numerze – rabowaniu aptek z substancji odurzających. W zasadzie cała czwórka głównych bohaterów to, jeśli użyć słów matki Boba, gromadka dzieci, która nie chce przestać się bawić. Nie chcą dorosłości, odpowiedzialności, niepewności tego, co nadejdzie; wolą stłumić bodźce z rzeczywistości po to, by nie musieć w niej uczestniczyć.

Do tego prawie nie istnieje w nich poczucie jakiegokolwiek zagrożenia. Nawet pomimo tego, że Bob i jego banda ścigani są przez „prawego glinę”, Gentry’ego, zawsze udaje im się w odpowiednim momencie ukryć zdobyty przez siebie towar i uniknąć kary. Dlatego w scenie policyjnego nalotu Bob i Gentry mają czas, by odbyć przyjacielską pogawędkę o kijach golfowych, a reszta grupy z obojętnością przygląda się, jak funkcjonariusze demolują ich wspólne mieszkanie. Co dziwniejsze, nie wydaje się nawet, by kiedykolwiek doskwierał im głód narkotykowy – dlaczego zresztą miałoby tak być, skoro źródło narkotyków jest tuż pod nosem, w lokalnej aptece?

Trudno nie oprzeć się też wrażeniu, że Van Sant celowo stosuje pewne schematy i zabiegi fabularne, by wyśmiać inny film o podobnej tematyce – Narkomanów Jerry’ego Schatzberga. Dlatego widzimy identyczny montaż ujęć pokazujących pigułki, igły i strzykawki w ogromnym detalu, przemieszany z ujęciami piłowania paznokci przez jedną z bohaterek. Także historia o psie Boba i jego żony parodiuje podobny wątek z tamtego filmu – tam para narkomanów zaadoptowała szczeniaka tylko po to, by z powodu nałogu od razu go stracić w dramatycznych okolicznościach. Van Sant tymczasem w niemal slapstickowej sekwencji ucieczki i pogoni pokazuje, jak pies głównych bohaterów sprowadza na nich policyjny pościg.

Nie można na koniec nie wspomnieć o gościnnym występie jednego z najsłynniejszych pisarzy XX wieku i narkomana zarazem – Williama S. Burroughsa. Nie bez przyczyny został on obsadzony w roli uzależnionego od lat pastora. To z jego ust padają słowa, które wydają się kluczem do odczytania filmu Van Santa – opowiada on Bobowi, jak doszło do tego, że narkotyki zostały tak bardzo zdemonizowane. Burroughs, który nigdy nie szczędził sobie używek, wydaje się dodatkowym elementem, wyśmiewającym mit umierającego z przedawkowania narkomana – pisarz jest najlepszym przykładem na to, że mając taki styl życia można dożyć bardzo sędziwego wieku.

Gus Van Sant okazał się wyjątkowo łaskawy w swoim przedstawieniu problemu narkomanii. Owszem, pokazuje, że prowadzi ona na przestępczą drogę, nie brak także obowiązkowej śmierci z przedawkowania, ale wszystko to przeplata humorem i uzasadnia przesądną filozofią Boba. Bez względu jednak na to, czy zgodzimy się z płynącym z filmu przesłaniem czy też nie, Narkotykowy kowboj z pewnością sprawdza się jako sensacyjna, nieco szalona czarna komedia, która przyjemność sprawi każdemu widzowi.


Anna Lulewicz, Losy pewnego debiutu: „Małe stłuczki”

rode2-2c

[Fot. Marta Strzelczyk]

„Małe stłuczki” Aleksandry Gowin i Ireneusza Grzyba, absolwentów Szkoły Filmowej w Łodzi, opowiadają o trójce młodych ludzi, z jednej strony zwyczajnych, z drugiej nieco ekscentrycznych, niedostosowanych do świata, a nawet własnego życia. Marzeniem Kasi (Agnieszka Pawełkiewicz) jest śmierć w pięknym amerykańskim aucie rozbijającym się o skałę, a Asia (Helena Sujecka) unika dotyku, cielesnego kontaktu z innymi. Dziewczyny zajmują się likwidowaniem mieszkań – zabierają rzeczy po zmarłych lub od tych, którzy mają ich po prostu za dużo. Część z nich sprzedają na pchlim targu, część wyrzucają, a część zostawiają sobie. Dołącza do nich Piotr (Szymon Czacki), pracownik fabryki, w której pakował „pudełka w pudełka” – traci bowiem zatrudnienie i również, jak się dowiadujemy, żonę. Trójka ta tworzy osobliwą relację, w której centrum stoi Asia. To na niej koncentruje się zainteresowanie i oczekiwania pozostałej dwójki.
Film, choć miły dla oka i okraszony humorem, nie porusza przyjemnych tematów. Śmierć pod różnymi postaciami pojawia się kilkukrotnie. Ma się wręcz wrażenie, że humor stanowi tutaj przeciwwagę dla smutnego i melancholijnego, w gruncie rzeczy, obrazu, który mówi też o dystansie, problemie w nawiązywaniu głębszych relacji oraz samotności.
Rozliczne smaczki, jak choćby czołówka filmu, animacja kota złożona z pojawiających się po sobie zdjęć, wspaniała muzyka Enchanted Hunters, doskonałe lokalizacje czy zanurzone w sierpniowym słońcu zdjęcia Ity Zbroniec-Zajt, mogą być zwiastunem wiosny w polskim kinie. Otrzymaliśmy obraz świeży, niepodobny do niczego, co powstało u nas do tej pory.
Trafny jest też wybór formatu obrazu, zamykającego się w kwadracie. Daje to nieco klaustrofobiczny efekt, przypominający zabieg z ostatniego obrazu Xaviera Dolana „Mummy”, którego projekcja miała miejsce podczas otwarcia Festiwalu. Tutaj chwyt ten, dający znacznie węższy niż zwykle kadr, ma na celu zbliżenie postaci na poziomie fizycznym. Rodzi swego rodzaju napięcie, także seksualne. Ciekawie zagrało to w scenie obiadu u rodziców Asi, gdzie w jednym kadrze, ciasno upchani, znajdują się Piotr, postać grana przez Arkadiusza Jakubika oraz jego żona (także w prawdziwym życiu), czy w scenie „orgii”, w której pojawiają się jedynie twarze Asi, Kasi i Piotra. I nawet, jeśli wyraźnie czujemy to napięcie, faktyczna potrzeba bliskości jest raczej po stronie widza, a nie bohaterów.
Nie jest to jednak film wybitny i nie udało się uniknąć niedociągnięć. Odstająca od jakości obrazu gra aktorska, dość płaskie, mimo wszystko, postacie. Nienajlepsze są też dialogi – efekt humorystyczny, którego w filmie przecież nie brakuje, jest osiągnięty znacznie sprawniej na poziomie sytuacji niż samych słów.
Twórcy „Małych stłuczek” dysponowali raczej małym budżetem. Środki udało się im pozyskać między innymi z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, co stanowiło spory kredyt zaufania – dla większości osób zaangażowanych w realizację „Małe sztuczki” były debiutem w filmie pełnometrażowym. Dotyczy to także firmy produkcyjnej, czego można się było dowiedzieć podczas spotkania „Małe stłuczki. Producent – twórca – dystrybutor”. Realizacja udała się dzięki zapałowi i entuzjazmowi ekipy. Promocja skierowana była głównie do młodych ludzi, interesujących się filmem innym, ambitnym, tęskniących za dobrym kinem w Polsce. Ale, jak powiedzieli twórcy podczas spotkania dotyczącego dystrybucji, to samych siebie stawiali w roli modelowego widza, robiąc film, który im samym najpierw powinien sprawiać przyjemność.
Dla debiutantów, na tak wielu polach, promocja jest pewną trudnością czy też raczej wyzwaniem. Tu pomogła organizacja wydarzeń specjalnych towarzyszących projekcjom – koncertów zespołu Enchanted Hunters, który stworzył ścieżkę dźwiękową do tego filmu. Nie jest to może specjalnie nowatorskim pomysłem, ale tutaj z pewnością świetnie spełniło swoje zadanie. Atutem na polu polskiej dystrybucji okazały się projekcje filmu i nagrody na zagranicznych festiwalach oraz pochlebne opinie, co oczywiście niezmiernie cieszy. Polscy krytycy są jednak dość oszczędni w zachwytach, a widownia gdyńskiego festiwalu, najważniejszego dla polskiego kina, na którym film startował w walce o Nagrodę Publiczności w sekcji „Inne spojrzenia”, postanowiła główną nagrodę oddać w ręce autoironicznego i z pewnością nie tak ładnego „Polskiego gówna”.


Mikołaj Góralik, Konkurs etiud i animacji – pierwsze wrażenia

Pokaz etiud rozpoczęła „Szpila” w reżyserii Ewy Golis, jedyny dokument w konkursie, w niezwykle ciepły sposób opowiadający o sile macierzyństwa. Agnieszka Szpila – matka samotnie wychowująca dwójkę dziewczynek chorych na autyzm – nie tracąc pogody ducha, konfrontuje się z codziennymi wyzwaniami. Marzy o tym, by jej córki mogły pewnego dnia usamodzielnić się i założyć własne rodziny, jednocześnie mając nadzieję, że Helena i Milena nigdy całkowicie nie utracą wyjątkowego świata wyobraźni powodowanego przez chorobę. Ich dorastanie dokumentuje za pomocą kręconych telefonem filmów oraz zdjęć umieszczanych na Facebooku. Pomiędzy nią a kamerą nawiązuje się bardzo bezpośrednia relacja, co jest mocną stroną dokumentu. Reżyserka zdecydowała się wykorzystać archiwalne nagrania i zdjęcia, wykonane przez Szpilę, kompilując je z animowanymi wstawkami oraz materiałem nakręconym na potrzeby filmu. Cała historia zamyka się zręcznie w półgodzinnym obrazie, przynosząc happy-end nie tylko w postaci pozytywnej prognozy dla zdrowia dziewczynek, ale także w życiu uczuciowym tytułowej bohaterki.
W konkursowym przeglądzie etiud fabularnych dominowały filmy z mocno alegorycznym przesłaniem, pozostawiające wiele niedopowiedzeń. Nagradzany na wielu festiwalach „Żar” Bartosza Kruhlika, opowiada o różnych rodzajach pragnienia, mnogość znaczeń sygnalizując przywołaniem wieloznaczności tytułowego pojęcia. Żar uczucia pomiędzy prześladowcą a jego ofiarą oraz tworząca się w wyniku tego relacja zależności skazująca na siebie obu bohaterów, oddane zostały także za pomocą środków formalnych. Kamera często w przesadnych zbliżeniach portretuje protagonistów, wywołując tym samym dyskomfort percepcyjny u widza. Tworzy to obraz niezwykle intensywny, pozostający w pamięci na długo po projekcji.
Aż w dwóch filmach pojawił się motyw męskiej inicjacji. „Arena” Martina Ratha rozgrywa się w Bieszczadach, pełniących w tej etiudzie rolę swoistego „dzikiego Wschodu”, z kolei w „Matce Ziemi” Piotra Złotorowicza momentem wkroczenia w dorosłość okazuje się wypełnienie rodzinnych tradycji i nauka zawodu rzeźnika, a co za tym idzie, pierwszy samodzielny ubój zwierzęcia. W „Arenie” młody autostopowicz – człowiek znikąd – trafia do środowiska drwali. Aby zyskać szacunek w grupie musi zaimponować zahartowanym przez trudną pracę mężczyznom. Chłopak podejmuje tę grę i poddaje się kolejnym próbom, w finale odjeżdża ponownie jako przypadkowy pasażer. W drugim z filmów bohater jest młodszy i bardziej wrażliwy, zmuszony podążać śladami ojca. Aby odreagować brutalne obrazy oraz konieczność zadawania zwierzętom cierpienia, ucieka do przydomowego sadu, gdzie znajduje ukojenie. Inicjacja wydaje się przez to bardziej bolesna, relacje ojciec-syn zostały jednak ukazane za pomocą dobrze znanych klisz, nie zaskakując niczym uważnego widza.
O niezdrowych relacjach, tym razem damsko-męskich, opowiadają też chłodne „Fragmenty” Agnieszki Woszczyńskiej. Rozgrywająca się w ekskluzywnych wnętrzach ascetycznych apartamentów praca, to kilka luźno powiązanych scen, składających się jednak na logiczny obraz upadku związku. W surowych kadrach, ograniczonej do minimum pracy kamery i ekspresyjnym aktorstwie, nie sposób nie zauważyć podobieństwa do filmów opiekuna artystycznego etiudy Woszczyńskiej – Mariusza Grzegorzka.
Za najciekawszą fabularną etiudę należy uznać ostatni film konkursu, „Zabicie ciotki” Mateusza Głowackiego. Nieczęsta w realizacjach studenckich próba kina gatunkowego – w tym wypadku czarnej komedii – została osadzona w czasach PRL-u, co nadaje obrazowi dodatkowego smaku. Reżyser skutecznie zaciera granice pomiędzy rzeczywistością a wyobraźnią głównego bohatera, kilkakrotnie zwodząc widza próbującego dociec, czy tytułowa zbrodnia miała miejsce. Nadopiekuńczą ciotkę znakomicie zagrała Ewa Kolasińska.
Drugą kategorię konkursową stanowiły animacje. W wielu filmach odnaleźć można było akcenty polityczne. Satyra na medialne manipulacje – „Opowieść o hienach” Adama Kawałka – wykorzystywała fragmenty słynnego spotu „10 lat świetlnych”, zrealizowanego z okazji dziesięciolecia wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Czarno-biały teledysk „Kartagina” O.S.T.R & MARCO POLO w reżyserii Sebastiana Kwidzińskiego i Marcina Roszczyniały utrzymany został w konwencji kina gangsterskiego. Niezwykłą pieczołowitość wykonania można było podziwiać w doskonałej technicznie animacji lalkowej „Vanitas” Kamili i Mirka Sosnowskich, której twórcy zadbali o takie detale, jak poruszane podmuchami wiatru falujące firanki, czy spadające na podłogę ścięte włosy. Tytułowy motyw przemijania przedstawiony został jednak w schematyczny sposób, odmierzany uderzeniami wskazówek zegara. Dom zamieszkały przez młodą kobietę zmienia się w tym obrazie wraz z dojrzewaniem bohaterki, aż do momentu jej śmierci. Najpierw znikają z niego ludzie, następnie kolejne przedmioty, w końcu zostaje tylko pusta podłoga.
W szczególnie interesującej animacji „After All” Bogdy Kowalczyk, modelka przechadzając się po wybiegu jest dosłownie „rozbierana” wzrokiem przez publiczność. Najpierw zrzuca kolejne warstwy ubrań, bieliznę, wreszcie własną skórę, wykonując swoisty danse macabre. Ostatnią godną uwagi etiudą okazała się „Glista Lucka” Tomasza Pawlaka, w której bohater atakowany jest przez kolejne przemówienia polityków, przesiąkające do jego czarno-białego świata wprost z telewizyjnego ekranu. Orwellowska atmosfera zostaje na chwilę zaburzona, bohaterowi udaje się uciec od agresywnego konsumpcjonizmu i trafia do zupełnie innej – kolorowej przestrzeni. Jednak i tu dosięga go ręka władzy z poprzedniego wymiaru.
Różnorodny i ciekawy tematycznie konkurs, niewątpliwie jedno z najważniejszych wydarzeń festiwalu, nie cieszył się dobrą frekwencją. Konkursowe tytuły zostaną wyświetlone raz jeszcze, w niedzielę. Warto skonfrontować się osobiście z tegoroczną selekcją, nim poznamy werdykt jurorów.

rode2-1a[Fot. Marta Strzelczyk]