5. FKA – DZIEŃ 1

Joanna Birek, Mommy Xaviera Dolana otwiera festiwal

 

otwarcie_4[Fot. Paweł Mańka]

Stało się. 5. Festiwal Kamera Akcja został oficjalnie otwarty w łódzkim kinie Wytwórnia. Rzesze kinomanów i przyszłych krytyków filmowych przybyły, by uczcić kolejną edycję tego wyjątkowego wydarzenia. Na długo przed rozpoczęciem gali otwarcia sala kina Wytwórnia była już wypełniona po brzegi; podobnie było także w Hali Wytwórni, gdzie zorganizowano sam pokaz filmu, który przyciągnął tak wielu widzów – Mommy Xaviera Dolana.
Galę otworzył symbolicznym przecięciem drobnej wstęgi (wyciągniętej z kieszeni spodni) Michał Klama, który w ten sposób pragnął na własną rękę uczcić piątą, jubileuszową edycję festiwalu. Jak co roku, organizacja nie zawiodła i widzowie mieli okazję poznać szczegółowy program festiwalu dzięki wizualnie i muzycznie dopracowanym klipom, które po kolei przedstawiły sekcje filmowe, panele dyskusyjne, konkurs etiud i animacji oraz gości Kamery Akcji. Swoje rozstrzygnięcie miał także konkurs na tekst krytyczny. Jego juror, Łukasz Maciejewski, po krótkiej, ale pełnej ciepłych słów o festiwalu, młodych krytykach i samym zwycięzcy przemowie, wręczył statuetkę Marcinowi Kryńskiemu, który nagrodę tę zdobył już po raz drugi.
Ceremonię zakończyło wystąpienie organizatorów: Malwiny Czajki, Przemysława Glajznera i Arkadiusza Jaworka. Nastąpił wyczekiwany przez wszystkich moment – polska prapremiera najnowszego filmu Xaviera Dolana, reżysera, który pomimo młodego wieku już zapisał się w pamięci wielu miłośników kina i krytyki filmowej.
Mommy już od pierwszego kadru zaskakuje i zmusza widza do zmiany swoich przyzwyczajeń w stosunku do medium filmowego. Dolan dla swojego najnowszego dzieła wybrał bowiem zupełnie nietypowy format – jego fikcyjny świat zostaje zamknięty w ciasnym, wąskim prostokącie, pozwalającym na dostrzeżenie jedynie jego wycinków. Zabieg ten sprawia, że widz zmuszony jest oglądać skrajnie okrojony obraz rzeczywistości, którą przestawić nam pragnie reżyser. Od razu wiadomo też, kto jest jego centralną postacią – film otwiera ujęcie, którego jedyną bohaterką jest zrywająca jabłka Die (Anne Dorval). Ten wąski kadr przypomina portretowe zdjęcie, nieprzypadkowo, bo dzieło Dolana w głównej mierze stanowi właśnie miłosny niemal portret jego głównej bohaterki.
Diane „Die” Després jest samotną matką sprawiającego znaczne problemy wychowawcze nastolatka cierpiącego na ADHD – Steve’a (Antoine-Olivier Pilon). Po niebezpiecznym incydencie w ośrodku wychowawczym, do którego wcześniej trafił, chłopiec zostaje z niego wydalony i trafia z powrotem pod opiekę matki. Die obiecuje sobie i Steve’owi, że teraz, gdy są ponownie razem, uda im się zacząć życie od nowa, zawrócić je na lepszy tor. Szybko jednak okazuje się, że rzeczywistość rządzi się innymi prawami – Diane traci pracę, a nieprzewidywalne zachowania Steve’a wzbudzają w niej strach przemieszany z troską. Wydaje się, że dzięki przyjaźni z Kylą, nieśmiałą i nieco sponiewieraną przez życie nauczycielką, faktycznie sprawy wychodzą na dobrą drogę dla obojga bohaterów. Nic jednak nie jest tak proste, jak chciałaby tego ciągle pełna nadziei Die.
Dolan nadal obraca się w ulubionym przez siebie ciasnym kręgu relacji międzyludzkich, tym razem skupiając uwagę widza na relacji matka-syn (oraz pośrednio sąsiadka, Kyla). Choć Die przez swój kiczowaty wygląd starzejącej się lalki Barbie sprawia wrażenie naiwnej prostaczki, w głębi ducha jest kobietą głęboko świadomą swojej sytuacji życiowej. Dlatego walczy o Steve’a, chłopaka wulgarnego, uwielbiającego wprowadzać chaos, niepokornego i zdającego się chełpić wrażeniem, jakie wywołuje u obcych. Die pragnie, by wszystko się dla niego ułożyło, by skończył szkołę i „wyszedł na ludzi” – swoją eskalację ma to w onirycznej wizji, marzeniu bohaterki, tak cukierkowo pięknym, że widz niemal od razu orientuje się o jej fałszu.
Tylko dwukrotnie Dolan pozwala widzowi zobaczyć świat w szerszej perspektywie. Za każdym razem są to momenty ewokujące nagłe wkroczenie nadziei do skrajnie beznadziejnego świata bohaterów. Najpierw kadr rozsuwa Steve, w momencie, kiedy pomiędzy nim, matką a jego nauczycielką następuje moment prawdziwej harmonii. Potem dzieje się to za sprawą owego marzenia Die, któremu na moment daje się ona porwać – tylko po to, by tym boleśniej zejść na ziemię i zorientować się, w jakiej sytuacji tak naprawdę się znajduje.
Mommy pozostawia w widzu nieprzyjemne wrażenie pustki. Nawet krótkie momenty jasności, pozornego szczęścia, którymi tylko czasem los obdarowuje Die i Steve’a nie wystarczą, by móc zobaczyć świat szerzej niż w tym ciasnym, zamkniętym formacie. Finałowy bieg Steve’a nie daje nadziei na lepszy los, to tylko kolejne sztuczny uśmiech, który za chwilę na nowo zgasi brutalność rzeczywistości.


 

Mikołaj Góralik, Kinomani to kupią? Dyskusja o marketingu filmowym – relacja z panelu dyskusyjnego

 

panel_2[Fot. Paweł Mańka]

„Miniony sezon był dla Hollywood najgorszym od trzynastu lat” – rzucił w trakcie dyskusji prowadzący ją Michał Pabiś-Orzeszyna, prowokacyjnie obierając perspektywę, zgodnie z którą liczy się tylko zysk branży filmowej, a nie efekt artystyczny. Jednak, jak starali się udowodnić paneliści, domniemany podział na praktyków tworzących filmy oraz recenzujących je teoretyków, jest o wiele bardziej złożony. Paulina Młynarska (agencja i.FILM), specjalistka od sprzedaży filmów, dowodziła, iż dyskusje pomiędzy twórcami a krytykami nie mają większego sensu, gdyż naznaczone są emocjonalnym stosunkiem do własnego dzieła tych pierwszych. Warto przypomnieć omawiane podczas jednej z poprzednich edycji Festiwalu Kamera Akcja spory wokół „Big Love” (2012), zapoczątkowane przez reżyserkę Barbarę Białowąs na jednym z portali filmowych. Przykład godny uwagi, gdyż – według krytyka filmowego i wykładowcy PWSFTViT Kuby Mikurdy – prowokujący do dyskusji na łamach prasy, do której bez zaangażowania autorki nigdy by nie doszło. Osobną kwestią pozostaje fakt, czy każde nagłośnienie filmu przez media przeradza się w komercyjny sukces – w przypadku „Big Love” dominowały nieprzychylne recenzje, przyczyniające się do jego finansowej porażki.
Młynarska zarzuciła krytykom, iż nie spierają się oni pomiędzy sobą, skupiając się wyłącznie na własnych opiniach, pozbawionych dialogu z autorami innych recenzji. Ale czy taka dyskusja jest obecnie w ogóle możliwa? Był to w zasadzie jedyny punkt sporu w trakcie rozmowy, poświęconej przede wszystkim strategiom marketingowym. Oprócz Młynarskiej, w dyskusji wzięła udział także Ewa Golenia z działu dystrybucji kinowej firm Film Point Group i Alter Ego Pictures. Obie specjalistki od PR starały się pokazać, w jaki sposób dystrybutor moderuje recepcję filmu w mediach. Jako przykład posłużyła wyświetlana w tym roku w polskich kinach „Tajemnica Filomeny” Stephena Frearsa, wokół której wywołano kontrowersje z powodów religijnych, w oparciu o recenzję Kyle’a Smitha, zarzucającą obrazowi atak na Kościół katolicki. Zgromadzeni na sali krytycy mogli poczuć się sprowokowani nakreśleniem takiej perspektywy, zgodnie z którą to nie oni nadają ton dyskusji na temat filmu, lecz wpadają w pułapkę zręcznie przemyślanej strategii promocyjnej. Teza zakładająca, że „kinomani to kupią” okazuje się złudna, o końcowym sukcesie filmu mogą zadecydować bowiem najróżniejsze czynniki, począwszy od aktualnego repertuaru, a skończywszy na niesprzyjających warunkach atmosferycznych w chwili premiery.
Golenia oraz Młynarska musiały skonfrontować się ze stwierdzeniem, iż dobra frekwencja po pierwszym tygodniu wyświetlania filmu jest sukcesem dystrybutora, w kolejnych – obraz musi sam się obronić. Nie uzyskało ono jednoznacznego komentarza. Przywołany został film „Ciacho” (2010), przy którym pracowały obie rozmówczynie: brak jakichkolwiek pokazów dla krytyków przed premierą filmu i budowanie atmosfery wielkiego wydarzenia, rzeczywiście przerodziły się w komercyjny sukces (nieutożsamiany wyłącznie z sukcesem frekwencyjnym). Promocja filmu obmyślana jest w oparciu o wiele kryteriów, przede wszystkim wybór grupy docelowej; na przykład znajdujące się w tegorocznym programie „Małe stłuczki” (2014), adresowane do dwudziesto-, trzydziestolatków, promowane były najintensywniej w przestrzeni internetowej.
Jak słusznie zauważył Kuba Mikurda, szkoły filmowe w ogóle nie uczą twórców kwestii marketingu. Refleksja wśród reżyserów, w jaki sposób sprzedać swój film, nie jest popularnym podejściem. Jednak, według Mikurdy, autorów odnoszących sukces charakteryzuje umiejętność zaspokojenia grupy odbiorców, poprzez przenoszenie określonych założeń na język filmowy. Oparcie strategii marketingowej na artyście lub gwieździe filmowej bywa jednak ryzykowne, niektórzy stronią od mediów nie przychodząc na premierę, lub ingerują w losy filmu w dystrybucji, co może się odbić na wynikach box-office’u. Paradoksalnie marketing filmowy jest więc szczególnie ważny w wypadku kina autorskiego, gdyż duże maistreamowe produkcje kina głównego nurtu są w stanie obronić się same. Tak ważny czynnik powinien także stać się przedmiotem analiz, tymczasem wciąż brakuje recenzji poświęconych kwestiom promocyjnym lub platformy, gdzie taka dyskusja mogłaby się toczyć. A może, jak sugeruje Michał-Pabiś Orzeszyna, należy stworzyć osobną kategorię na festiwalu w Gdyni, w której nagradzać będzie się najlepszą strategię promocyjną polskiego filmu? Kolejne wydarzenia Festiwalu Kamera Akcja, między innymi sobotnie spotkanie poświęcone omówieniu międzynarodowego sukcesu „Idy” (2013), będą następnym przyczynkiem do rozpoczętej podczas pierwszego panelu dyskusji – do jakiego stopnia dystrybutor jest w stanie narzucić nie tylko sposób odbioru przeciętnemu kinowemu widzowi, ale także retorykę pisanym piórem profesjonalistów recenzjom.