RECENZJE: Głos krytyków cz. I

RECENZJE: Głos krytyków cz. I

Całkowicie pochłonięta przez „Piranie”

Są filmy, które potrafią uwieść. W ciągu dwóch godziny widz zapomina, gdzie jest, skąd przyszedł i że niedługo wróci do rzeczywistości. Takie filmy pozwalają zanurzyć się w ich świecie i chłonąć zdarzenia niemal wszystkimi zmysłami. Tego typu przeżycie zdarza się niezwykle rzadko, jednak później zawsze, nawet po tym, jak zapalą się już światła na sali, nie chce minąć i potrafi trwać jeszcze przez długi czas. Po tym można poznać dobry film. Tak się właśnie dzieje w trakcie seansu „Piranii” w reż. Claudia Giovannesiego.

Film opowiada historię grupy chłopców, którzy na skuterach przemierzają neapolitańskie ulice. Czego tam szukają? Sposobów na zabicie czasu, zdobycie pieniędzy, dostarczenie sobie rozrywki? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bohaterowie mają w końcu po piętnaście lat. Warto natomiast przyjrzeć się temu, co znaleźli: świat, w którym życie mieszkańców regulują prawa mafii. I oni też chcą być wśród tych, którzy w życiu mają coś więcej do powiedzenia. Przywódcą nastoletniej bandy jest Nico, charyzmatyczny chłopak żyjący w domu z mamą i młodszym bratem, za których czuje się odpowiedzialny. Jednocześnie piętnastolatek, razem z grupą rówieśników, chce żyć pełnią życia: palić skręty, pić, imprezować, nosić drogie „najki” i imponować dziewczynom, w szczególności pięknej Letizii, którą poznaje podczas konkursu Miss Wezuwiusza. Ale w mieście u podnóża wulkanu jedyną możliwością zdobycia pieniędzy i wpływów jest wstąpienie w szeregi mafijne. Kiedy nadarza się okazja przejęcia władzy, chłopcy bez wahania po nią sięgają i tak oto miejscowym światkiem przestępczym zaczyna rządzić młodzież, która ustala własne reguły gry. Jednak to dojście na szczyt mafijnej drabiny społecznej tylko pozornie rozwiązuje problemy. Nico i jego banda, choć pełni marzeń o lepszym świecie, silnie połączeni braterskimi więzami, będą musieli stawić czoła wyzwaniom, o których początkowo nie mieli pojęcia.

Twórcą historii jest Roberto Saviano, a jego książka „Chłopcy z Paranzy” była podstawą scenariusza, którego pisarz był współautorem. Dla miłośników tematyki mafijnej jego nazwisko jest znane głównie dzięki filmowi “Gomorra” (reż. Matteo Garrone) oraz serialowi o tym samym tytule, którego fani na całym świecie z niecierpliwością czekają na 5 sezon. Roberto Saviano za swoją twórczość, która ujawniła najskrytsze sekrety rodziny Casalesi, został skazany na karę śmierci przez neapolitańską mafię. Od tego czasu zmuszony jest ukrywać się pod stałą ochroną policji i żyć w przekonaniu, że, prędzej czy później, wyrok zostanie wykonany. Dzięki temu, że autor był w stanie przeniknąć do wnętrza neapolitańskiego świata przestępczego, jego powieści są bardzo realistyczne i opisują go z niesamowitym autentyzmem i brutalną szczerością.

„Piranie” nie są filmem zupełnie nowatorskim, jednak powiewu świeżości dodaje niestandardowy sposób prezentowania świata włoskiej mafii oczami nastolatków, dla których moment inicjacji okaże się bezwzględny. Widz jest świadkiem kształtowania się pokolenia, które w przyszłości albo stanie na czele rozbudowanej organizacji przestępczej, albo zginie, starając się to osiągnąć. Chłopcy nie widzą (nie mają?) przed sobą innej możliwości. Muszą wybierać pomiędzy biedą i uległością a przestępczością i dominacją.

Akcja od pierwszych scen rozwija się dynamicznie, a napięcie cały czas rośnie, przez co nie można od filmu oderwać się nawet na chwilę. Młodzi bohaterowie, chociaż sięgają po broń, wzbudzają sympatię i ciekawość, a w szczególności główny bohater Nico (debiut filmowy Francesco di Napoli), którego charakter stanowi niezwykłe połączenie miękkości, zdecydowania i charyzmy. Kolorowe zdjęcia zatłoczonych neapolitańskich ulic, targów, odrapanych kamienic i bogatych mieszkań kartelowych bossów zawdzięczamy świetnemu operatorowi Danielowi Ciprì. Reżyserowi Claudio Giovannesiemu udało się stworzyć film, który obrazuje przestępczy świat, ale unika potępiania czy rozczulania się nad losem bohaterów. Brak moralizatorskiego tonu sprawia, że historia jest bardzo przejmująca i ostateczną ocenę działań nastolatków pozostawia widzowi.

[Tekst: Zofia Politowicz]

 

Strumień życia

Pedro Almodóvar to jedna z tych osobistości dziesiątej muzy, której nie tylko nie trzeba nikomu przedstawiać, ale samo wypowiedzenie jej imienia i nazwiska przywołuje u naszego słuchacza konkretne skojarzenia. Tym bardziej “Ból i blask” zaskakuje, gdyż na tle dokonań hiszpańskiego reżysera jest to osiągnięcie wyraźnie inne, przełamujące tzw. „czwartą ścianę”. Almodóvar zawsze lubił zwracać na siebie uwagę, jednak tym razem nie jest to próżne przybranie pozy w świetle reflektorów. Pytanie tylko, czy przedstawienie swojej własnej świadomości twórczej jest aż tak intymne i – najważniejsze – czy w rezultacie Almodóvar stworzył dobry film?

Zacznijmy od fabuły, która dzieli się na dwa wzajemnie przeplatające się wątki: dzieciństwo głównego bohatera (tu Asier Flores) oraz czasy nam i jemu współczesne (tutaj gra go Antonio Banderas). W dzieciństwie obserwujemy chłopca wchodzącego w życie; we współczesności starzejącego się Salvadora (bo tak ma na imię bohater), który próbuje do tego życia powrócić, albo inaczej: stara się go nie stracić. Pozornie obserwujemy więc teraźniejszość i retrospekcje, jednak reżyser nie zadowala się tak prostymi rozwiązaniami. Dorosły Salvador jest już uznanym twórcą filmowym, który ma na swoim koncie kultowy film. Tak się składa, że z okazji jubileuszu jego powstania, zostanie przeprowadzona prezentacja wraz z odtwórcą głównej roli – Albertem Crespo (Asier Etxeandia). Niestety, aktor i reżyser są skłóceni ze sobą na śmierć i życie. Ich wzajemna relacja to iście pasjonujący wątek. Nie inaczej jest z młodym Salvadorem i jego matką (Penélope Cruz), którą to relację z kolei wypełnia miłość. Zapadającym w pamięci momentem jest ten z przygotowaniem kanapki z czekoladą. Tutaj same produkty stają się symbolami tego, co matka chce przekazać dziecku: pełnowartościowe wyżywienie, jakąś podstawę (chleb) i odrobinę słodyczy (czekolada). Podobnie symboliczny – w perspektywie całego życia Salvadora – jest jego rodzinny dom. Cóż lepszego może być kolebką wspomnień, niż plątanina jaskiń?

“Ból i blask” zachwyca również stroną wizualną. Zdjęcia są – po prostu – przepiękne, a wraz z krystalicznie czystym dźwiękiem budują niepowtarzalny klimat. Także aktorzy olśniewają swym blaskiem. Pochwała należy się nie tylko mistrzom pokroju Banderasa czy Cruz, ale przede wszystkim uroczemu Asierowi Floresowi, który wypada niezwykle przekonująco i naturalnie zarazem.

To, co Almodóvar pokazał w „Bólu i blasku”, jest swoistą podróżą po świecie wspomnień i rozmyślań. O czym? O sobie, o kinie? Może właśnie to sugeruje ostatnia scena zwracająca uwagę na to, że to my oglądamy film (a więc burzy „czwartą ścianę”). W tym przypadku możemy się zgodzić, że nie jest to “tylko” film, lecz coś znacznie więcej.

[Tekst: Patryk F. R. Ostrowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *