RECENZJE: Krytyczne premiery cz. I

RECENZJE: Krytyczne premiery cz. I

Oczywiste staje się nieoczywiste

Prezentowany w ramach alternatywnego otwarcia festiwalu Kamera Akcja krótkometrażowy film Yorgosa Lanthimosa „Nimic” to wycieczka w stronę kulturowych znaczeń i języka filmowego. Ten trwający zaledwie dwanaście minut obraz jest kwintesencją tego, co możemy nazwać udanym eksperymentem na filmowym tworzywie.

Film rozpoczyna się niemalże rytualnym odbywaniem codziennych czynności bohatera (w tej roli Matt Dillion): mycie zębów, gotowanie jajka… To wszystko zestawione jest z próbą (potem koncertem) małej orkiestry smyczkowej. W metrze mężczyzna spotyka kobietę (Daphné Patakia), która nie jest przypadkowym przechodniem. Czy Lanthinos chce tym pokazać, że pozornie nieistotne osoby mogą wnieść coś znaczącego do naszego życia? Bohaterowie następnie wchodzą do rodzinnego domu i prowadzą rozmowę z Matką (Susan Elle) wypowiadając te same kwestie. W tym momencie na wierzch wychodzi przyzwyczajenie widza do tego, że jeden aktor zawsze gra tę samą postać. Czy w tej scenie aktorzy „przymierzają się” do nowych ról? A może jest to autotematyczna refleksja nad zawodem filmowca, który bezustannie odkrywa nowe światy i osoby? Z pewnością nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Ten ciekawy eksperyment ma też wymiar praktyczny: czyż twórcy nie tak jest łatwiej pokazać charakter schizofreniczny? W ten sposób Lanthimos otwiera nowy rozdział w dyskusji o konstrukcji bohatera i jego percepcji.

Wspomniana wcześniej próba instrumentalna przeradza się w pewnym momencie w koncert. Zamiast Dilliona, widzimy grającą na wiolonczeli Patakię, ale jej gra nie ma nic wspólnego z wirtuozerską finezją. Z ekranu dobiega fałsz i kakofonia, ale dyrygent jest zachwycony, tak samo jak publika (a wśród nich rodzina bohaterki), która nagradza muzyków gromkimi brawami. Znów obserwujemy przeprowadzany na nas eksperyment: przecież oczekujemy przerwania koncertu, nagany ze strony dyrygenta. Czy piękno nie jest zatem tym, co sam twórca uzna za piękne?

Wśród walorów scenariuszowo-ideowych ginie jednak warstwa wizualna. Kadry są skomponowane starannie, ale brakuje im odniesienia do całości, co oczywiście nie przeszkadza w odbiorze „Nimicu”. Również gra aktorska nie zachwyca, choć w tak nieoczywistym percepcyjnie i naładowanym wieloma znaczeniami filmie trudno o sprawiedliwą ocenę aktorskiego kunsztu.

Tym filmem Lanthimos powiedział więcej, niż niektórzy artyści starają się całą swoją twórczością. Ze świecą szukać podobnych dzieł tak szeroko otwierających oczy na to, że film to przede wszystkim kreacja, wyobraźnia i eksperyment, którego warto się podjąć.

[Tekst: Patryk F. R. Ostrowski]

 

Rozczarowania trzeciego stopnia

Z opuszczonej przez cywilizację Ziemi odebrano tajemniczy sygnał. Ekipa międzyplanetarnych archeologów decyduje się przyjrzeć tajemniczemu zjawisku. Brzmi ciekawie? Niestety, ale tylko brzmi. Najnowszy film Yorgosa Zoisa „Third Kind”, choć zaprezentowany w wysublimowanej formie, pozbawiony jest głębszej treści.

Pod względem fabularnym nie doświadczymy niczego nowego. Ekran wypełniają obrazy pustki i postapokaliptyczne przestrzenie opuszczonych gmachów, które eksplorujemy z trójką astronautów (Alexandros Vardaxoglou, Effi Rabsilber, Nikos Hanakoulas). Tło rzeczywiście opatrzone jest dopracowanymi zdjęciami; Yannis Kanakis dał popis operatorskiego kunsztu, ale pięknej oprawie nie towarzyszy nic więcej. Historia zmierza donikąd, gdyż za tajemniczym sygnałem stoi postać, którą kierują bliżej nieokreślone motywacje. Skoro czuje się na Ziemi samotna, to dlaczego w momencie odnalezienia ukrywa się w namiocie? Twórcy nie czują się zobligowani do wyjaśnienia tej tajemnicy widzowi. Nie dają mu również żadnych poszlak, za którymi mógłby podążać. Ideowe ambicje Zoisa spotykają się z pewną bezradnością wobec koncepcji ich przedstawienia. Niby mamy obóz uchodźców, wielokulturowy cmentarz w postaci dawnego szpitala, ale to ponownie nie prowadzi do żadnych wniosków. Samo pokazanie pustych przestrzeni – choć nacechowanych kulturowymi odniesieniami – jeszcze nie buduje treści.

Reżyser przekroczył również dość cienką granicę między postmodernistycznym nawiązaniem a wtórnością: litery tytułu filmu pojawiające się na wzór “Obcego: ósmego pasażera Nostromo” Riddleya Scotta, składający się z pięciu nut sygnał jak w “Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia” (sic!) Stevena Spielberga. To wszystko jest ciekawe, intertekstualne, ale nie zmierza do żadnego celu. Miało być postapokaliptyczne dzieło na miarę „2001: Odysei kosmicznej”, a wyszedł bliżej nieokreślony twór pokroju kina klasy B.

[Tekst: Patryk F. R. Ostrowski]

 

Aż poleje się krew

               Steven Craig Zahler, mimo ukończonego 46 roku życia i sporej kariery w świecie literackim jak i muzycznym, do grona reżyserów filmowych wkroczył późno i niespodziewanie. W 2015 roku miała miejsce premiera jego pełnometrażowego debiutu „Bone Tomahawk”. Twórca sprawnie i w nieoczekiwany sposób połączył konwencję westernu i krwawego horroru. Film ten okazał się zaskakującym dla wszystkich sukcesem, który nie tylko udowodnił, że western jako gatunek przechodzi swój renesans, ale i świetnie nadaje się do zabawy z konwencją i oczekiwaniami widza. Jego trzecia produkcja „Krew na betonie” wydaje się równie ciekawą propozycją, redefiniującą gatunek kina sensacyjnego.

            Próba zarysowania fabuły sprawia niemały kłopot. Przedstawia ona bowiem losy kilku osób, zamieszkujących to samo amerykańskie miasto, w powietrzu którego unosi się zapach brudu i moralnej zgnilizny. Głównym bohaterem jest grany przez Mela Gibsona starzejący się policjant Brett Ridgeman. Z racji swojej nieustępliwości i niechęci do politycznych zagrywek od kilkudziesięciu lat zajmuje to samo stanowisko niskiego szczebla. Z powodu ciężkiej sytuacji rodzinnej i braku funduszy na zapewnienie najbliższym bezpieczeństwa, decyduje się wraz ze swoim policyjnym partnerem wykroczyć poza granice prawa i zdobyć potrzebną mu gotówkę. To jednak doprowadza do przecięcia się jego drogi z innymi bohaterami, którzy nie tylko balansują na granicy prawa, lecz już dawno ją przekroczyli.

            Fabuła wskazuje na bardzo klasyczną opowieść o człowieku, który znajduje się na życiowym rozdrożu. Pomimo wielu lat przykładnej i skutecznej służby musi zdecydować, czy poświęci swoje zasady w imię dobra najbliższych. Początkowe sceny filmu zdają się potwierdzać oczekiwania widza, serwując mu brutalną scenę zatrzymania dilera narkotykowego przez Bretta Ridgemana i partnerującego mu Anthony’ego Lurasettiego (w tej roli Vince Vaughn). Jednak w kolejnych minutach następuje coś nieoczekiwanego. Bohaterowie zaczynają rozmawiać. Nie mam jednak tutaj na myśli wartkiej rozmowy, realnie rozwijającej wątki fabularne, tudzież nakreślającej cechy charakteru policjantów. Sceny te przypominają raczej luźne pogawędki „o niczym” ze znajomym przy kawie. Kolejne epizody się wydłużają, pozornie prowadząc donikąd. Sytuacja ta pozostaje niezmienną do ostatniego ujęcia filmu. Jeśli postać otwiera pudełko, to będziemy świadkami każdego szczegółu tego wydarzenia; a w czasie wchodzenia po schodach towarzyszymy bohaterom przy każdym kroku. Samych scen akcji jest niewiele, a i one nie rozgrywają się w sposób dynamiczny. Przez przeszło 2,5 godzinny seans czujemy ciągłe, narastające napięcie, które znajduje zwieńczenie w bezwzględnej, ale znów powolnie rozegranej scenie krwawej konfrontacji. Reżyser więc świadomie łączy motywy i bohaterów znanych z produkcji klasy B z kinem egzystencjalnym, chwilami zahaczającym wręcz o slow cinema.

            Tym, co równie znacząco wyróżnia film, jest jego usilne powracanie do wątków problemów społecznych, aktualnych dla Stanów Zjednoczonych. Każdy z bohaterów występujących w filmie Zahlera wydaje się na swój sposób pokrzywdzony przez system panujący w Ameryce. Reżyser konsekwentnie podkreśla niesprawiedliwości i prześladowania, z jakimi muszą mierzyć się bohaterowie. Co więcej, jeśli pozostaną wierni własnym zasadom, będą tkwić w kaskadzie nieszczęść, nie da się więc jej pokonać w sposób uczciwy. Tylko bezkompromisowe i stanowcze środki będą w stanie zaradzić ich problemom.

W filmie przejawia się wyraźny, fatalistyczny ton, jakkolwiek chwilami przełamywany jest zabawnymi, typowymi dla buddy movies, wymianami zdań pomiędzy rewelacyjnymi aktorami. Specyficzny klimat filmu jest również potęgowany przez ciekawe zdjęcia stałego współpracownika reżysera – Benji’ego Bakshiego. Operator nie tylko decyduje się na wiele nieoczywistych ujęć, ale i fantastycznie operuje światłocieniem, potęgując poczucie ciągłego przytłoczenia i dusznej atmosfery panującej w mieście.

Zahler po raz kolejny udowodnił, że w kinie niepodążanie za gatunkowymi schematami może przynieść szalenie ciekawe efekty. W „Krwi na betonie” pokazuje, że również kino sensacyjne bardzo dobrze nadaje się do krytycznej analizy współczesnej Ameryki, a także że ciągłe wybuchy i strzelaniny wcale nie są jego koniecznym elementem. Jednocześnie domyślam się, że wielu widzów odrzuci charakterystyczny dla filmu brak pośpiechu i epatowanie plastyką obrazu, niespotykane w klasycznych przykładach gatunku. Można to jednak uznać za ciekawe doświadczenie i odświeżenie znanej wszystkim formuły i chociażby z tego powodu skusić się na seans „Krwi na betonie”.

[Tekst: Paulina Musiela]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *